Armenia / Kaukaz

Wokół Erywania. Powinność Ormianina.

Wiecie już, że Erywań jako miasto nas nie powalił. Taka prawda. Natomiast wystarczy wyjechać trochę poza jego granice i tu już zaczyna się bajka. Nie jakaś tam bajeczka o księżniczce i smoku, tylko prawdziwa LEGENDA o starożytnej cywilizacji i niesamowitych klasztorach. Tak, Armenia zdecydowanie architekturą sakralną stoi! W końcu był to pierwszy chrześcijański kraj na świecie – chrzest przyjął kiedy u nas religia, ba! nawet i całe państwo, były jeszcze w powijakach.

Chrześcijaństwo to bardzo ważny element w historii i kulturze Armenii. Wiara pozwoliła Ormianom przetrwać trudne czasy prześladowań, wygnania i ateizacji. Dziś świątynie Erywania odwiedzane są przez tłumy wiernych. Hipokryzja? Być może, ale ojciec Dyrektor na pewno zazdrości frekwencji. 😉

Ormiańskie kamienne klasztory, w większości zachowane w stanie idealnym, robią kolosalne wrażenie. Jest ich tak wiele, że po jakimś czasie teoretycznie powinny zacząć zlewać się w jeden obraz (tak jak w przypadku np. wileńskich kościołów których, oprócz Ostrej Bramy, nie pamiętam wcale). Nic z tych rzeczy! Ich prawdziwa siła rażenia tkwi w zapierających dech w piersiach i zapadających głęboko w pamięć lokalizacjach – a to w cieniu świętej góry Ararat, a to na skraju wąwozu czy w dzikich górach. Tworzą one tak niesamowite obrazy, że prawdziwą przyjemnością jest wracanie do nich pamięcią. Z każdym z tych miejsc łączy się również, jak zwykle w przypadku mojego bloga, jakaś bardziej lub mniej dzika historia.

Dawid Niezawodny.

Przeczytaliście pierwszy post o Armenii? Jeśli nie to odsyłam tutaj. Jeśli tak, to znacie już Dawida, chłopaka który zaczepił nas w Erywaniu, a później okazał się tym najwspanialszym kaukaskim okazem – samozwańczego przewodnika. Kolejny dzień zaczęliśmy od wizyty w Eczmiadzynie, później w Garni i Geghardzie, na wspaniałej kolacji z pieczonym barankiem kończąc. Cały ten „plan” powstawał na bieżąco a my nie musiałyśmy nawet kiwnąć palcem. Na Kaukazie rzeczy dzieją się same!

Armenia jest krajem, który zdecydowanie lepiej jest zwiedzać samochodem. Z Anki kierowca jest niedzielny, o mnie nie warto w ogóle wspominać (ostatni raz za kółkiem 5 lat temu) pozostajemy więc skazane na życzliwość i dobre serce tubylców. I jak zwykle na Kaukazie okazują się oni niezawodni.

Chłopaki zgarniają nas rano. Wraz z Dawidem, Abkarem i jeszcze jakimś kolesiem (który niczym szczególnym, poza faktem bycia naszym kierowcą, się nie odznaczył), kierujemy się do pierwszego punkt dzisiejszego programu. Eczmiadzyn to dawna stolica Armenii, dziś jej centrum religijne i duchowe. Ormiańska Częstochowa! powtarzają jak mantrę wszystkie polskie przewodniki po tym kraju.

Katedra w Eczmiadzynie jest dla Ormian symbolem ich wiary. Wiary, której pozostają wierni po dziś dzień i o którą zawsze gotowi są walczyć (a wrogów jest przecież wielu – Turcy, Azerzy, homoseksualiści – proszę się nie bulwersować tylko doczytać post do końca). Dodatkowym wabikiem na turystów jest to, że w tutejszym muzeum, wśród wielu cennych ikon, rękopisów i rzeźb, znajduje się słynna oryginalna Włócznia Przeznaczenia, która przebiła ciało Chrystusa przed zdjęciem z krzyża. Jak szukać skarbów z prawdziwego zdarzenia to tylko na Kaukazie!

Jeden z monastyrów wchodzących w skład kompleksu Eczmiadzyna.
Taki krajobraz czeka na Was po wyjeździe poza granice miasta.
Misternie zdobione wejście do katedry w Eczmiadzynie.
Wnętrze katedry – przepiękne prawda?
Katedralnego skorpiona wypatrzyć zdolni są tylko najbardziej spostrzegawczy. Malarz, który go dostrzegł, nie miał w dłoniach nic oprócz tynku i w strachu przed ukąszeniem zamalował nim owada.
Wnętrze katedry to bogactwo detali – kolorów, faktur i kształtów.

Koleś, który robił za kierowce nieoczekiwanie mówi nam, że na dziś to tyle bo on musi jechać do roboty. Ale jak to? To już koniec wycieczki? Jesteśmy trochę rozczarowane, bo to dopiero południe, więc fajnie by było zobaczyć coś jeszcze. I tu Dawid znowu wykazuje się refleksem (bynajmniej nie szachisty). Jeden telefon i mówi nam, że jego kolega/brat/kuzyn (bo wszyscy Ormianie to jedna rodziną, starszy czy młodszy, chłopak czy dziewczyna!), który tak się składa, że jest PRZEWODNIKIEM, ma wolne i chętnie przejmie dowodzenie nad operacją TURYSTA. Po drodze tracimy Abkara – ale jak! Nagle stwierdza, że mamy sobie jechać sami, odwraca się na pięcie i odchodzi. O co poszło, nie wiemy, ale są twarde dowody na to, że baby niejedną męską przyjaźń rozbiły. 🙂 A co się tyczy naszej wycieczki, już po chwili pijemy herbatkę u Tigrana.

Tigran.

Na stół wjeżdza wszystko czym chata bogata, a chata no cóż, bogata nie jest. Kolejny raz potwierdza się, że ci co mają najmniej, dają z siebie najwięcej. Sączymy herbatę od dobrej godziny (opieszałość ruchów to też coś typowego dla Kaukazu) ale w końcu udaje nam się zebrać. Teraz czeka na nas prawdziwa podróż w czasie, bo choć Eczmiadzyn jest najstarszą świątynią chrześcijańska w Armenii to Klasztor Geghard, do którego właśnie dojeżdzamy, pochodzi jeszcze z czasów przed przyjęciem przez Armenię chrześcijaństwa. Tak na marginesie w Armenii pojęcie, że coś jest „stare” nabiera zatem całkiem nowego znaczenia, a jakiekolwiek próby porównania ormiańskich zabytków kultury sakralnej z tymi np. europejskimi uważane są tu za najwyższą formę bluźnierstwa.

Tigran.

Klasztor Geghard, jest zajebisty. Serio. Z zewnątrz nie robi aż takiego wrażenia, ale po wejściu do środka, a dokładniej po przejściu przedsionka czeka Was prawdziwy nokaut, bo misternie zdobione wnętrze kaplicy wykute jest w skale. To piękne miejsce, niejednego mogłoby nawrócić na chrześcijaństwo. 😉 Nazwa klasztoru Geghard, po ormiańsku oznacza „włócznię” – tak, tą samą która znajduje się teraz w Eczmiadzynie. Podobno wcześniej przechowywano ją właśnie tu.

Klasztor Geghard powstał już na początku IV wieku. Założony przez twórcę tutejszego Kościoła, Grzegorza Oświeciciela, na miejscu starożytnych, przedchrześcijańskich miejsc kultu. Wtedy funkcjonował jako Ajriwank, czyli Klasztor Jaskiniowy.
Portal prowadzący do wnętrza klasztoru.
Monastyr robi wrażenie mrocznego i tajemniczego, oświetlają go jedynie cienkie świeczki woskowe, tak charakterystyczne dla prawosławnych cerkwi, palone w różnych intencjach. To ich ogień dodaje temu miejscu niepowtarzalnego uroku.
Najstarsza część kompleksu to wykuta w skale, niedokończona kaplica Grzegorza Oświeciciela gdzie możecie znaleźć dwie kolumny z wyrytymi na nich krzyżami.
Wnętrza klasztoru są niesamowite. Jak oni to wszystko wyrzeźbili?!
Klasztor otoczony jest skałami, wygląda to trochę jakby się w nich chował. I to właśnie wraz z nimi wpisany został na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Chaczkary czyli ormiańskie kamienne stele lub płyty wotywne upamiętniająca szczególne wydarzenia lub osobę – to jeden z symboli Armenii.

Z Geghard przejeżdzam do świątyni Garni. To jedyny przedchrześcijański budynek sakralny w Armenii w stylu klasycznym. Świątynia najprawdopodobniej była poświęcona bogu Mitrze, którego kult przywędrował do Armenii z Indii, a następnie stał się popularny w całym śródziemnomorskim świecie. Przez te mury przewijali się kolejni królowie, później budynek został zniszczony w wyniku trzęsienia ziemii, więc to co dziś widzicie to rekonsturkcja – aczkolwiek z użyciem oryginalnego budulca.

Świątynia w Garni to nie moja bajka. Do Kaukazu pasuje trochę jak przysłowiowa pięść do nosa, ale warto przyjechać tu by docenić to z jak starą cywilizacją mamy doczynienia. Garni jest jednym ze świadectw pokazujących jej miejsce w starożytnym świecie. 

Mi osobiście w Garni najbardziej podobało się dzikie urwisko nad którym stoi świątynia. Okolica ta jest naprawdę ładna.

Świątynia w Garni.
Malowniczy wąwóz nad którym położona jest świątynia.

W drodze powrotnej do Erywania zatrzymujemy się w przydrożnym „mięsnym”.

Zakup mięsiwa na Kaukazie to prawdziwy spektakl. Jeśli kupujący nie zna się na twardej sztuce negocjacji, albo nie daj boże trafi się jakiś leszcz-turysta, to skończy „rozkoszując się” kawałkiem najbardziej gumowatej baraniny w tej części świata. 

Tigran rozmawia ze sprzedawcą, ogląda, maca i wącha po czym kręci głową i z pustymi rękami wsiada do samochodu. I już uruchamia silnik, wykręca kierownicę, już chce odjeżdżać, kiedy w tej samej chwili sprzedawca coś krzyczy. Tigran wychodzi z samochodu i po chwili niesie już solidny kawał mięcha zawinięty w foliową torebkę. Jeszcze tylko świeży lawasz, trochę warzyw i ziół i pędzimy do domu robić suprę.

Tigran mieszka na obrzeżach Erywania. W paskudnych wielkich sowieckich blokach. Jego mieszkanie wygląda jakby przeszedł po nim huragan. Zostajemy zagonione do kuchni i podczas kiedy on zabiera się za przyrządzanie mięsa, nam przypada odpowiedzialna rola przygotowania zieleniny. Sałatka. Niby takie proste a i tak spieprzyły – no bo kto to wiedział, że ta papryczka taka pikantna? Po domu roznosi się wspaniały zapach gotowanej baraniny. Na kolację wpada brat Tigrana z butelką damasznej roboty wina. Właśnie urodziło mu się kolejne dziecko. Trzeba to opić!

Spędziłyśmy na tej biesiadzie dobrych kilka godzin prowadząc wnikliwy wywiad środowiskowy. Pytałyśmy się o wszystko od polityki, przez muzykę, po te najbardziej ciekawe kwestie związane z prywatną sferą życia. I powiem nieskromnie, że dowiedziałyśmy się całkiem sporo. Niemałym szokiem okazało się, jak bardzo ciężkim tematem był dla naszych rozmówców homoseksualizm.

Ormianie, jako naród, wydają się bardzo konserwatywni w kwestiach związanych z relacjami damsko-męskimi. 

Patriarchalizm ma się tu bardzo dobrze. Odniosłyśmy wrażenie (na podstawie danych skrupulatnie zebranych od wielu grup środowiskowych), że kobiety mają tu generalnie wciąż mało do gadania. Nie drążyłyśmy więcej. Sami wiecie, że Kaukazie nie warto denerwować rozmówcy. 🙂 Pomimo tego, że opinie naszych nowych kolegów wielokrotnie nas szokowały i nie zgadzałyśmy się z nimi, powiem Wam jedno. Żaden monastyr, czy inny zabytek, choćby nie wiem jak był piękny, nie jest cenniejszy od możliwości rozmowy z drugim człowiekiem z innego kraju, wyrosłym w innych okolicznościach, z innym bagażem doświadczeń. Sztuką w takich chwilach jest nie oceniać, nie negować ich rozumowania czy stylu życia. Jest to dla mnie zdecydowanie jedna z najważniejszych i najtrudniejszych lekcji w podróży.

Wielkim sowieckim blokom uroku dodają wierzchołki gór dumnie królujących nad miastem.
Jedno z wielu Erywańskich blokowisk.
Mężczyźni grający w nardy – grę planszową pochodzącą ze starożytnej Persii, to częsty widok w Erywańskich parkach i na osiedlach.

Wieczór u Tigrana był czymś niesamowitym. Gościnność i chęć pomocy obcemu – cechy, które u wielu ludzi są dziś na wyginięciu, wśród obskórnych Erywańskich bloków, rozkwitły pełnią życia. Dziwi mnie to i zachwyca jednocześnie. W końcu nie wytrzymuję i  walę do Dawida prosto z mostu „słuchaj, ale dlaczego Ty tak nam we wszystkim pomagasz?„. „Bo przyjechałyście do mojego kraju, ja poprostu nie mógłbym inaczej, czuję, że to MOJA POWINNOŚĆ”.

A jaka jest Twoja powinność wobec drugiego człowieka?

Odpowiedź Dawida była inspiracją do tytułu dzisiejszego posta. Tego fajnego chłopaka nigdy więcej już nie spotkałyśmy.


Po kolacji Dawid odprowadza nas do taksówki pytając o nasze plany. Mamy jeden – ruszyć na południe zobaczyć słynny monastyr Tatew. Dawid zamarł na ułamek sekundy a w jego oczach mignęło przerażenie.

Na południe? zapytał. – Uważajcie tam na facetów bo oni tacy, no wiecie, ten tego (speszył się trochę)…

WYGŁODNIALI.

 

Kto nie może się już doczekać kolejnych postów? 🙂

Kobiety sprzdające lokalne smakołymi pod monasterem Geghard.
Sekret dobrego chleba to zręczne ręce tej pani!
O ormiańskiej kuchni jeszcze będzie na blogu bo proces wytwarzania chleba miałyśmy okazję poznać od kuchni!
Stragan w okolicach Garni – sprzedają tu gatę – tradycyjne ormiańskie ciasto (to okrągłe coś dyndające w worku po lewej stronie).
Tak wygląda lokalny sklep mięsny. Dwa kroki w prawo stoi zagroda z baranami – można wybrać który ma być zabity jeśli interesuje Was kupno całego. Baranina to najpopularniejsze mięso na Kaukazie. Na fotce Tigran negocjuje cenę ze sprzedawcą.
Przepiękny widok z drogi gdzieś pomiędzy Erywaniem a Garni. Już niedługo pokażę Wam więcej przyrody – ruszamy na południe!