Armenia / Kaukaz

Tandzatap. U Pana Boga za piecem.

Daję sobię łeb uciąć, że tego co wydarzyło się w małej wiosce na południu Armenii, że nie umiałby opisać słowami sam imci wieszcz Mickiewicz. Być może jego kolega po fachu Lem sprostałby zadaniu, fantastyka to przecież jego działka. A to co się tam działo, było bez wątpienia fantastyczne. W czasach kiedy człowiek, człowiekowi wilkiem, my trafiłyśmy na chwilę do jakiejś równoległej rzeczywistości, przeniosłyśmy się do świata w którym czas płynie inaczej, a wszyscy ludzie są dobrzy i szlachetni. Gościnność, którą okazali nam obcy przybysze z tej dziwnej, wspaniałej krainy, przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Doświadczyłyśmy czegoś niesamowitego, co pozwoliło nam na chwilę z obcych turystów stać się częścia stada. Dla takich chwil warto podróżować!

Ludzie mówią – takie rzeczy się nie zdarzają, to niemożliwe.

Czas włożyć między bajki to co mówią ludzie.

Jeden telefon.

Na Kaukazie zawsze od tego wszystko się zaczyna. Stoimy w punkcie widokowym podziwiając piękny monastyr Tatew. Nagle podjeżdża ku nam samochód. Kierowca zaczyna delikatne rozpoznanie terenu. A co one tutaj tak same robią, a gdzie nocują itp., itd. W końcu przechodzi do sedna sprawy. A sprawa jest taka – ma pensjonat. Może dać zniżkę. Taniej już nie znajdziecie – mówi i zaczyna zachwalać uroki swoich włości (na Kaukazie wsie takie biznesmieny!). Że orkiestra gra wieczorami, że rybka świeża, a łóżka nadwyraz wygodne. Wszystko fajnie, pięknie, chłopie, ale dajże nam spokój, my idzemy do tamtej wioski. – Do Tandzatap idziecie? – pyta kierowca. – Ja też tam jadę po południu po mięso. Wyciąga telefon i gdzieś dzwoni. – Dobra dziewczyny już załatwione (ale co?!) Pytajcie o Sajana, to mój znajomy! Jak przyjadę to zabiorę Was z powrotem. Po czym wskakuje do samochodu i ulatnia się jak kamfora.

Telefon poszedł w ruch to znaczy, że coś będzie na rzeczy.

Doszłyśmy do wioski. Na miejscu cisza jak makiem zasiał tylko przed jednym z budynków siedzi trzech chłopa, mordy lekko zakazane i łypią na nas spod oka. Mijamy ich i odważnie idziemy dalej – przecież w biały dzień nas nie zabiją… W wiosce nie ma żywego ducha. Łazimy do okoła i w końcu postanawiamy spróbować szczęścia. Podchodzimy do tych chłopów nieśmiało pytając „Sajan?Sajan?” – Sajan! – odpowiadają oni chórem. Drzwi do jednego z domów otwierają się i pojawa się w nich siw łeb o sympatycznym wyrazie twarzy. Dziewuszki śmiało zachadzicie! – woła.

Czeski film po Ormiańsku.

Siadamy za stołem na którym same frykasy, świeży chleb, ser, miód a wszystko to damasznaja rabota. Wsio organiczne! Żona Sajana gości nas tak jakbyśmy były conajmniej ich córkami. Za stołem siedzi Artur – sąsiad i Albert, ojciec Sajana. Podczas gdy ja wdaję się w rozmowę z Arturem, Anka ćwiczy przytakiwanie Albertowi mimo tego, że ni w ząb nie rozumie o czym on mówi. Staramy się wytłumaczyć w miarę składnie kim jesteśmy.

A to kim jesteśmy to już prawdziwa wiejska legenda. Ona – medsistra (mówię o Ance, pielęgniarce z powołania i zawodu) a ja… i jak tu wytlumaczyć ludziom, że się skończyło turystykę? Zawód, niezawód. Ale na Uniwerku Ekonomicznym… nabieram powietrza w płuca i na jednym wydechu mówię dumnie – A JA EKANAMIST! Od razu wzięli mnie za tą bardziej łebską (chociaż po tym jak zobaczyli jak chodzę po polu z trującym liściem na głowie chyba jednak w to zwątpili). 🙂

Zostajemy poczęstowane lokalnym samogonem zwanym w Armenii – TUTÓWKĄ. To wódka z morwy. Jak smakuje? Jak mój najgorszy, zaraz po Gruzińskiej czaczy, koszmar. 🙂 Ale czego się nie robi, jak się weszło między wrony!

W wiosce cisza jak makiem zasiał tylko przed jednym z budynków siedzi trzech chłopa, mordy lekko zakazane i łypią na nas spod oka…
Wioska wyglądała na dość wymarłą – tylko gdzieniegdzie przemknęła jakaś starowinka.
Nie wiedziałyśmy co robić dalej – wrócić się czy w końcu zapytać o tego Sajana. No dobra, zapytać, ale kogo? Osła?
W domu u Sajana. Anka przy stole z Albertem i Arturem.
Albert

Impreza przenosi się na świeże powietrze. U Sajana właśnie ubili świnie, to duże wydarzenie we wsi, zeszli się więc wszyscy mężczyźni i dawaj biesiadować. Podczas gdy szaszłyki wolno pieką się na ruszcie, my mamy niesamowitą okazję podejrzeć jak żona Sajana wypieka tradycyjny ormiański chleb – lawasz. Potem obserwujemy jak mężczyżni dzielą między sobą mięso. To prawdziwy spektakl i twarde negocjacje, ale kiedy biznes dobiega końca, nadchodzi czas na przyjemności – wódeczkę z zagrychą.

Siedzimy w kręgu wokół małego, prowizorycznego stolika, jemy, pijemy i cały czas nie możemy uwierzyć CO TU SIĘ DO CHOLERY DZIEJE!? Czy to jeszcze jawa czy już sen? Każdy chce z nami pogadać, pożartować, stuknąć się kieliszkiem (po 3 mam wrażenie, że siada mi wątroba, więc z ulgą zmieniamy wódkę na domowe wino, którego prawdziwym smakoszem okazała się Anka!). Po jakimś czasie przejeżdza koleś od telefonu, który dał nam cynk na Sajana. Chwilę dogadują się w sprawie mięsa po czym rzuca w naszą stronę – dobra dziewczyny, zabieramy się.

Zaraz, zaraz. Jakie „zabieramy się”? My nigdzie stąd nie idziemy. Następuje pełne napięcia wyczekiwanie, Artur rozmawia z nim po ormiańsku, widać, że koleś jest nieźle wkurzony. W ułamku sekundy problem urasta do jakieś niebotycznej rangi, bo krzyczą już niemal wszyscy, każdy przez siebie. O co poszło?

Facet liczył na to, że zarobi na nas, a tutaj proszę głupie baby się zbuntowały. A do diabła z nimi! Machnął ręką i wyszedł. Mamy już na koncie kilka zniszczonych męskich przyjaźni, ale żeby dwie WIOSKI SKŁÓCIĆ? No tego jeszcze nie było!

Artur uspokaja nas i mówi, że możemy zatrzymać się na noc w Tandzatapie, w jego domu. Artur zasługuję na oddzielny post lub conajmniej poemat ba! najpewniej odę! Jest to tak niesamowita postać, że sama nie wierzę, że takie osoby istnieją jeszcze na tym świecie. Bił od niego spokój i jakaś taka ciepła ojcowska dobroć, a nie mało w życiu przeszedł (jako podpułkownikiem armii ormiańskiej rozpoczął wojnę w Karabachu). Artur nie miał interesu w tym, żeby nam pomóc, nie robił tego licząc na pieniądze, ani tym bardziej innego typu zapłatę. Podczas naszych podróży spotykałyśmy wiele fajnych osób, ale śmiało mogę stwierdzić, że żadna z nich nie była tak wyjątkowa jak Artur.

Zabijanie świni to prawdziwe wydarzenie w wiosce. Na codzień mieszkańcy nie jedzą bowiem mięsa.
Choć dla wielu te zdjęcia mogą wydać się drastyczne, to doskonale dokumentują dzień z życia mieszkańców wioski. Mężczyzna śmieje się z moich reporterskich zapędów. Przyjechała dziewucha z miasta i szuka sensacji. 😉
W Tandzatapie królują domowe produkty – tutaj ciasto przygotowane do wypieku chleba.
Żona Sajana, w specjalnym piecu wypieka lawasz – tradycyjny ormiański chleb.
Szaszłyki ze świniny, którymi zostałyśmy poczęstowane na pikniku.
Po rozdzieleniu mięsa czas na przyjemności – wódeczkę i zagrychę.
Przy stole byłyśmy tylko my i mężczyźni z wioski, kobiety w Armenii nie siądą do stołu zanim nie nakarmią wszystkich biesiadników. Dziwnie było patrzeć jak żona Sajana ciągle donosiła nam jedzenie, ale sama nigdy z nami nie siadła.
Czy ktoś nam może powiedzieć CO SIĘ TU DO CHOLERY DZIEJE? Czy to nie są niezłe jaja, jesteśmy obcymi osobami a przyjęto nas tu jakbyśmy były częścią rodziny. Takie akcje tylko na Kaukazie!
Sajan – nasz główny ugaszczający to ten pan z białym kołnierzykiem, obok niego MODEL czyli najlepsze ciacho we wsi, zapewne poznajecie również Alberta. Imion reszty nie pamiętam, a jest wśród nich i sam wójt!

Oprócz wiktu i opierunku w domu Artura, miałyśmy niesamowitą okazję poznać codzienne życie mieszkańców Tandzatapu. Artur pokazał nam lokalny cmentarz z grobem swoich przodków, małą, starą kapliczkę która, szczerze, zrobiła na nas wiekszę wrażenie niż każdy z tych wspaniałych monasterów pełnych turystów. Odwiedziłyśmy najstarszą kobietę w wiosce, zobaczyłyśmy szkołę w której dziś uczy się zaledwie garstka dzieci oraz poznałyśmy Miszę – sympatycznego staruszka, który ugościł nas wszystkim czym miał w tym i… TUTÓWKĄ. Z biegiem czasu, kiedy już wszystkim było weselej musiałam zastosować rygorystyczne środki i wódka wylewana była pod stół. 🙂 Na czym de facto zostałam przyłapana również podczas pikniku u Sajana. 🙁 Głupia sytuacja – lepiej poprostu odmówcie picia, bo Ormianie nie wylewają za kołnierz, słynna tutóweczka będzie więc wam towarzyszyć zawsze.

Po powrocie do domu Artura rozmawiamy jeszcze prawie do północy.

Artur opowiada nam historie z Karabachu, roztacza przed nami wizję jakoby niegdyś była to krajna mlekiem i miodem płynąca. Nie można się z nim nie zgodzić. Wszystkie źródła o historii kraju rozpisują się o niesamowitych skarbach tego „czarnego ogrodu” Armenii – wspaniałej dzikiej przyrodzie i interesujących zabytkach.

A może by tak, zamiast powrotu do Erywania pojechać do górskiego Karabachu? – rozmarzyłyśmy się. Chcecie dziewczyny? Dobra to jutro jedziemy – mówi nam Artur. Czujecie jaka to niesamowita przygoda pojechać tam mając za przewodnika podpułkownika ormiańskiej armii? To będzie hit na blogu! Nocą, podekscytowane do granic możliwości, długo jeszcze gadamy o tym co nas czeka następnego dnia. Leżymy w wygodnych łóżkach, w pokoju który ma dla mnie zapach domu moich nieżyjących już dziadków. Na chwilę powróciły do mnie słodkie wspomnienia z beztroskich wakacji u babci na wsi. Być może dlatego w domu Artura czułam się tak swoisko i bezpiecznie. Jak w bajce. Jak u Pana Boga za piecem.

Artur
Artur oprowadza nas po Tandzatapie pokazując stare groby.
Drzwi do małej kaplicy, niestety zdjęcia z wnętrza nie są najlepszej jakości, na słowo więc musicie mi uwierzyć, że zrobiła na nas większe wrażenie niż niejeden monaster, choć wielu z Was powiedziało by pewnie „ale tu przecież nic nie ma”. 
Artur z najstarszą kobietą w Tandzatapie. Moje ulubione zdjęcie w tej kolekcji.
Najstarsza para w wiosce.
Wspaniała mama Artura.
Być w domu u Miszy to jak przenieść się w czasie – zobaczcie tą niesamowitą kuchenkę!
Artura, Misza i Anka przy stole.
Artur i Misza. Cały czas nie mogę pojąć jak ktoś mógł być dla nas tak życzliwy, zaprosić do domu, ugościć… a to jeszcze nie wszystko – czekajcie na drugą część opowieści z Tandzatapu!