Azja / Wietnam

„Śmierdzisz bawołem” czyli trekking w Sapie.

Już od pierwszych chwil byliśmy dość mocno rozczarowani. Sapa to małe miasteczko całkowicie nastawione na wpływy z turystyki. Gdzie się podziało prawdziwe życie, które zostawiliśmy za sobą w Hanoi? Tutaj przeważają białe twarze (a może poprostu łatwiej jest je wyłapać w tłumie, bo Wietnamczycy z Sapy są niziutcy!?). Gdzie stołeczny super street food za grosze? Niestety większość miejsc w samej Sapie jest już zklasyfikowana na pewnym portalu internetowym, a co za tym idzie a. jedzą tu tylko turyści, b. gorsza jakość c. dużo wyższe ceny. Gdzie piękne widoki, którymi każdy się tak zachwycał? Sapa to jedna wielka budowa, hotele powstają tu jeden na drugim i moim zdaniem kompletnie rujnują krajobraz!

A jakby tego jeszcze było mało, prężnie działa tu „MAFIA” ulicznych handlarek, która na każdym kroku żąda, abyś coś od nich kupił. I nie pomaga to, że już kupiłeś 5 minut temu (ale nie ode mnie!).

Jadąc więc do Sapy, uzbrojcie się w cierpliwość, bo jeśli uda Wam się wziąć na klatę wszystkie wyżej wymienione podpunkty i zaakceptować istniejący status quo to być może nawet… zakochacie się w tym miejscu.

To jest widok na Sapę – z roku na rok powstaje tu coraz więcej hoteli. Nas przeraził widok wielkiego molocha stawianego tuż pod naszym oknem. Zamiast ciszy i spokoju już od 7 rano słychać było odgłosy budowy.
Tutaj widok na główną ulicę miasta przy której znajdował się nasz hotel. Zdjęcie z telefonu jak akurat lał deszcz.
Kościół w Sapie. Centrum miasta trochę przypominało mi klimatem Aguas Calientes w Peru.
Dziewczynki na placu zabaw w Sapie.
A teraz porównajcie sobie ten widok z poprzednim. Teraz już wiecie, że Sapą nie należy zawracać sobie głowy, bo to jest tylko punkt wypadowy do trekkingu do takich miejsc jak to. Gdzieś w okolicach wioski Ta Van.

Z Ho Chi Minh lecimy samolotem do Hanoi, wpadamy na szybkie kluski do lokalnego baru w okolicach dworca centralnego (tamten rejon miasta mamy całkiem dobrze obcykany!) i nocnym pociągiem ze stolicy ruszamy do Sapy! Taniej i bezpośrednio, do miasteczka można dostać się autobusem – niedawno oddano do użytku nową drogę, ale jednak podróż pociągiem ma w sobie coś pięknego. O świcie jesteśmy już w Lao Cai i zaczyna się walka. Na peronie jak na bokserskim ringu musisz przepychać się łokciami do wyjścia. Ja dla świętego spokoju (bo dajcie żyć przecież to 5 rano!) zabukowałam transfer przez hotel w którym się zatrzymaliśmy. A że kierowca nie wiedział później gdzie jest ten hotel i wysadził na w innym miejscu to już inna sprawa.

Swego czasu w Lao Cai odbywały się tak zwane turystyczne dożynki. W roli baranów występowali białasy, których lokalsi łoili na „grube” pieniądze. Zanim jednak nazwiecie ich frajerami, pomyślcie, że to dzięki nim, i temu że opisali swoje doświadczenia w Internecie, teraz Wy za mini busa z Lao Cai do Sapy, nie zapłacicie więcej niż 2-3 dolary od osoby.

Zatrzymaliśmy się w hotelu Black H’mong, który znajduje się na jednej z dróg wjazdowych do miasteczka. Hotel piękny, choć z widokiem na ulicę, ale to nie istotne. Miał podgrzewane łóżko! Niby zbędny bajer, ale nie do końca, bo musicie wiedzieć, że w Sapie, pogoda lubi dowalić lewym sierpowym. I my zostaliśmy przez nią nieźle znokautowani. Przyjechaliśmy, lał deszcz, nie mogliśmy się zakwaterować w hotelu dlatego poszliśmy na miasto poszukać czegoś do jedzenia. Nastroje podłe, bo nie spodziewaliśmy się tego, że będzie tu tak głośno od jazgotu silników pracujących maszyn. A już największym obrazoburstwem było to, że nie było gdzie zjeść porządnej zupy Pho na śniadanie, bo wybór lokali tragiczny i wszystko zeuropeizowane. Podobno leżącego się nie kopie a tu na koniec sprawdzamy prognozę pogody – kolejne kilka dni ma lać. No jak żyć, ja się pytam?

Bilet powrotny do Hanoi mamy dopiero za 4 dni, ale przebukowaliśmy go na dzień wcześniej. Mamy więc teraz tylko 3 dni, a plan musi zostać wykonany – przyjechaliśmy głównie dla trekkingu, pomimo niesprzyjających okoliczności przyrody wykupujemy więc wycieczkę na następny dzień a popołudnie spędzamy wynajmując skuter i zwiedzając okolice.

Znaleźliśmy piękny wodospad i już zaczynało być pięknie, ale potem motor jęknął, stęknął… aż w końcu zupełnie zgasł. I tyle było z naszej przygody. A że akurat byliśmy na drodze prowadzącej w dół i znowu zaczęło padać nie było innego wyjścia jak się poprostu roześmiać. Ale mamy dziś szczęście!

Przemoczeni do suchej nitki wracamy wieczorem do hotelu no i teraz powiedzcie czy te podgrzewane łóżko nie jest zbawieniem?

Srebrny Wodospad – dostać tu się można tylko na skuterze. Fajne miejsce na spacer, jeśli tak jak my, utkniecie w Sapie.
Podejście pod wodospad zajmuje niecałe 20 minut – poziom trudności „nowicjusz”.
A tutaj wodospad z lotu ptaka 😉
Na mokre nogi poleca się rozgrzewająca zupa Pho – to miejsce znaleźliśmy z polecenia znajomego Wietnamczyka.

Dwu-dniowy trekking w Sapie (z noclegiem i posiłkami) może kosztować 20 euro, a może i 80. Nie przesadzę, jeśli powiem, że różnica w jakości oferownaych usług jest kolosalna. Jako, że był to nasz ostatni tydzień w Wietnamie, departament finasowy zadecydował jednak, że budżetu nie ma, wzieliśmy zatem najtańszą możliwą opcję. Jedno jest pewne, niezależnie od tego ile zapłacicie to widoki zawsze będą takie same, bo odwiedza się mniej więcej te same miejsca – ale tego czego dowiecie się od wykwalifikowanego przewodnika moim zdaniem nic nie jest w stanie zastąpić. Czy żałuję, że nie wydałam więcej pieniędzy? Trochę tak. Ale i trochę nie. Przygoda, mimo wszystko, była bowiem przednia.

Rano wstajemy i idziemy w umówione miejsce. Jak się okazało na trekkingu jest oprócz nas tylko 1 para – super! Za taką cenę i to jeszcze semi-prywatna grupa. Jesteśmy więc my, oni i grupa 10 małych kobiet przyodzianych w tradycyjne stroje plemienia Hmong. Stosunek ilości turystów do ilości przewodników jest więc więcej niż zadowalający. 🙂 Niestety to co za tym idzie nie jest już ani trochę śmieszne.

Kobiety te mają w rękach reklamówki wypełnione rękodziełem, a niejedna z nich i koszyk na plecach w którym spokojnie śpi małe dziecko. Nie idą za nami po to, aby nam towarzyszyć. Idą w nadziei, że uda im się coś sprzedać. I choćby nie wiem jak wkurzało mnie to ich natrętne „buy something” (a czasami było tak, że otaczały cię jak stado wron) to serce mi się kraje, bo wiem, że najczęściej to co zarobią, to ich jedyny dochód.

Czy etycznym jest zatem targowanie się z nimi o cenę? Surowy klimat Sapy pozwala na tylko jeden zbiór ryżu w roku. Dla tych ludzi życie to walka o przetrwanie. Dla nas dobry moment na refleksję na temat tego, jak masowa turystyka wpływa na życie tubylców. I choćby dla takich momentów refleksji warto było tu przyjechać.

Stosunek ilości turystów do ilości przewodników jest więc więcej niż zadowalający. 🙂 
Kobiety z Sapy często oprócz toreb wypełnionych rękodziełem, muszą dzwigać na plecach również swoje dzieci – zwróćcie uwagę na te małe rączki!
To co zwróciło moją uwagę, to przepiękne stroje – każde plemie ma tu swój własny „uniform” – ten u czarnych Hmongów prezentuje się właśnie tak (parasol nie jest częścią stroju – Pani miała go na sprzedaż!).
Dzieci w wiosce Ta Van ubierają się jednak zupełnie „po naszemu”.
Wiek emerytalny Sapy nie dotyczy. 🙂  Tą babcię spotkaliśmy na jednym z postojów – sprzedawała bransoletki. Starsi ludzie i dzieci zawsze fantastycznie wychodzą na fotografiach.

Zostawiliśmy większość ciuchów w hotelu, idziemy tylko z jednym małym plecakiem – niby łatwiej, ale jednak.

Pada deszcz i scieżki „były i spłyły” jak to mówią Rosjanie – zmieniły się  wpłynące strumienie błota. Nie zliczę ile razy wylądowałabym dupą w bajorze, gdyby nie pomocna dłoń wędrujących z nami kobiet. Było bardzo ślisko, tym bardziej chylę więc czoła – jak jeden mąż wszystkie one szły bowiem w klapkach!

Na trasie jest kilka innych grup, jak to w przypadku wykupionych wycieczek, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, w tym wypadku restauracji, w której spotykamy się na obiad. Jedzenie był dobre, ale nie dało się go zjeść w spokoju bo ciągle podchodziły do nas kobiety próbujące nam coś sprzedać. Z ulgą skończyliśmy więc posiłek i zaczęliśmy drugą część trasy prowadzącą do wioski w którym mieliśmy spędzić noc.

Po dotarciu na miejsce okazało się, że oprócz nas jest tu jeszcze jakieś 20 innych osób. Dom był duży, ale sprawiał wrażenie niewykończonego. Na górze były materace na których spaliśmy, na dole kuchnia oraz, jak sądzę, miejsce gdzie spali gospodarze. Trafiliśmy na fajne towarzystwo, więc wieczór upłynął na rozmowach przy… winie ryżowym. Pamiętacie co to jest wino ryżowe? Pisałam o tym w tym poście z delty Mekongu – nic innego jak zwykły samogon! Ale piłam – w końcu trzeba było się było rozgrzać… W łazience była gorąca woda (łazienki mieli zrobione typowo dla turystów, nie widziałam, żeby ktokolwiek z właścicieli tam chodził) co po godzinach spędzonych na deszczu (nawet moja super hiper nieprzemakalna kurtka dała za wygraną) i brodząc po kostki w błocie, było jak wygrana na loterii!

Oto i my! A raczej ja i moja magiczna ręka (widzicie to światło?!). Popołudniu było nam już wszystko jedno czy się pali czy się wali, oby była ciepła woda wieczorem!
Po tym trekkingu pożegnałam się z butami. Kilka razy brodziłam w nich w błocie po kostki. Niech spoczywają w pokoju!

Oczywiście przed noc nic nie wyschło, miałam więc wątpliwą przyjemność nakładania na nogi mokrych skarpet i stęchłych butów. Przynajmniej nie było mi ich już żal, kiedy znowu zaczęło lać. Dzień drugi był zdecyowanie łatwiejszy, bo szliśmy tylko do obiadu. A potem weź człowieku czekaj na pociąg do 19.

Nie było gdzie wziąć przysznica tak więc na brudasa musliśmy przewegetować do wieczora. Przy okazji Mario nauczył się jak powiedzieć po polsku „śmierdzisz bawołem”. 🙂 

Lokalnym busem z bandą dzieciaków, dla których byliśmy największą atrakcją (bo śmierdzieliśmy bawołem?), pojechaliśmy do Lao Cai by tam zjeść kolację i poszwędać się po okolicy przed podróżą powrotną do stolicy.

I to na tyle z Sapy. Jeśli planujecie północ Wietnamu powinniście rozważyć trekking z jednym z lepszych biur (np. Sapa Sisters albo Ethos) albo samemu wynająć przewodnika albo… jeśli jesteście spod znaku The Wildest Tales na motorze udać się wyżej w góry, tam gdzie nie docierają tłumy turystów. Sapa jest miejscowością bardzo turystyczą i nie warto się w niej zatrzymywać. Jako punkt wypadowym – ok, ale według mnie lepiej zabukujecie sobie homestay (jest ich już pełno na bookingu) i sami organizujcie jednodniowe trekkingi. Uczcie się na moich błędach! Choć z perspektywy czasu nie żałuję i uważam, że była to fajna przygoda to jednak zostaje pewien niedosyt wrażeń. Wrócę po jeszcze, ale już nie jako typowy turysta, nie na utarty szlak. Co by nie mówić (a może raczej pisać), północny Wietnam jest przepiękny!

W rzadkich momentach kiedy nie padało Mario fotografował nasz szlak – piękny, prawda?
Mieliśmy szczęście – kilka dni przed naszym trekkingiem widoczność była tu zerowa. Niestety Sapa ma to do siebie, że często lubi zniknąć we mgle.
Te pola ryżowe wyglądają po prostu niesamowicie.
Na szlaku było parę wiosek – zatrzymaliśmy się na noc w Ta Van.
Mario tak się cieszył, że ąż dostał skrzydeł! 🙂
Pola ryżowe układają się w olbrzymi tarasy – to właśnie jest typowy widok dla okolic Sapy.
Mogliśmy podpatrzeć jak wygląda praca na takim polu.
Kobiety w Wietnami żadnej pracy się nie lękną! Zdecydowanie moje ulubione zdjęcie z całej podróży. Jak to się mówi – JEST MOC!
„Śmierdzisz bawołem” – to chyba pierwsze zdanie, które mój luby wypowiedział do mnie po polsku. A podobno Hiszpanie tacy romantyczni. 🙂