Azja / Birma

Słodko-gorzkie wody Inle.

„Biegać, skakać, latać, pływać, w tańcu, w ruchu wypoczywać” to według Pana Kleksa sekret młodości. Słuchało się tych piosenek za małolata, a jak wiadomo czym skorupka za młodu nasiąknie… Wykorzystując więc fakt, że przed nami 3 boskie dni bez podróży autobusem postanowiliśmy spędzić ten czas jak najbardziej aktywnie. Jezioro Inle ma do zaoferowania dużo więcej niż rybaków-cwaniaków o których opowiadałam Wam w poprzednim poście. Trochę na przekór jednak, to co było najfajniesze podczas tych dni znaleźliśmy… na lądzie.

Szturmem zdobywamy wypożyczalnie rowerów i za chwilę mkniemy już na naszych rumakach-składakach oglądać ukrytą w jaskni (kolejną!?) świątynie Buddy. Dystans? Wyszło z tego parę kilometów. To pryszcz! – myślicie. Ja też tak myślałam, dopóki nie okazało się, że ten pryszcz to raczej nabrzmiały wulkan z ropą! Trasa wiodła pod górę. Ja z rowerami mam od zawsze nie po drodze, zagadką pozostaje więc czemu zawsze upieram się, żeby je wypożyczać. Do jaskni dojechaliśmy ale pech chciał, że zapomniałam wziąć latarkę. Weszliśmy zatem tylko do pierwszej części, gdzie dochodziło jeszcze światło dzienne. W Birmie jest kilka takich jaskinio-świątyń, jedna z najfajnieszych z setkami statuetek znajduję się w okolicach Kalaw. (Shwe Oo Min Paya)

Rolnik w longhi szuka żony czyli kto zaszalał na zakupach?
Wejście do jaskino-świątyni.
Im głębiej tym ciekawiej. Szkoda tylko, że nie wzieliśmy ze sobą latarki…

Wsiadamy na rowery by kontynuować wycieczkę, ale po przejechaniu zaledwie kilku metrów, słyszę za plecami głośny huk. W rowerze Mario poszła dentka. No to ładnie, teraz musimy się doczłapać z powrotem do wypożyczalni. Nie poddajemy się, jest dobrze. Na pewno szybko wymienimy rower i dalej hulaj dusza.

Okazuje się, że wypożyczalnia zamknięta jest na cztery spusty. Koleś zrobił sobie przerwe i chcąc nie chcąc zmusił do niej również nas. Mija jedna godzina, potem kolejna. W końcu wkurzona idę do sklepu obok i pytam kiedy ten gamoń zamierza się pojawić. Sympatyczna dziewczyna mobilizuje siły i za chwila pojawia się zrelaksowany właściciel wypożyczalni. No problemo! Rower wymienia bez mrugnięcia oka a stracone godziny? No coż, podobno szczęśliwi czasu nie liczą!

Obieramy azymut na ukryty w lesie monaster. Do pokonania kolejne kilometry i znowu pod górkę.Tym razem postanowiliśmy wspiąć się pieszo. Monaster nie był 8 cudem świata a w dodatku dengowe (?) komary cięły jak szalone więc już mieliśmy stamtąd uciekać kiedy do naszych uszu doszły odgłosy niechybnie oznaczające, że gdzieś w pobliżu odbywa się imprezka. W to nam graj!

Wiedzeni narastającym z każdym krokiem tembrem bębnów doszliśmy pod złotą stupę z której rozciągał się widok na jezioro Inle a za stupą lokalne dzieciaki urządziły sobie potańcówkę! Chwilę postaliśmy tam gapiąc się jak fajnie grają na instrumentach, wybrzdąkali nawet dla nas specialny utwór, a ja dostałam kwiatka.

Na tym nie koniec przygód! W drodze powrotnej wylądowaliśmy w samym centrum lokalnego festynu gdzie, na pakach, zjechała się cała okolica. Jako, że byliśmy jedynymi turystami, sami stanowiliśmy swojego rodzaju atrakcję. Uśmiechom nie było końca a my zafascynowali obserwowaliśmy jak przy dźwiękach bębnów mężczyźni ćwiczą jakieś dziwne wygibasy. Do hostelu wróciliśmy grubo po zmroku. Głodni jak psy. Razem z Davidem i Airi, poszliśmy do zachwalanej przez Lonely Planet hinduskiej knajpy. Żarcie było boskie mimo tego, że właściciel pomylił zamówienia a na koniec policzył nam mniej niż powinien. Zostawiliśmy wyrównujący rachunek napiwek a po powrocie do hostelu, z nadmiaru wrażeń, padliśmy jak ścięte muchy.

Wsi spokojna! Zachody słońca nad Inle wyjątkowo nam się udały.
Młodzież się bawi – w tym dniu musieli chyba obchodzić jakieś święto bo muzyce i tańcom nie było końca.
W jednej z wiosek załapaliśmy się na festyn.
Lokalny pokaz sztuk walki.
Małolaty nieźle wymiatały!

Wczoraj to był zajebisty dzień” – pomyślałam siedząc w łódce którą, wraz z 15 innymi współtowarzyszami niedoli, przyszło nam zaliczać kolejne „obowiązkowe punkty programu” na jeziorze Inle. Byliśmy zatem w warsztacie wyrobów ze srebra (taki eufemizm na sklep jubilerski), odwiedziliśmy zakład utalentowanych tkaczek (nigdy bym nie przypuszczała, że można robić ciuchy z włokien KWIATÓW. A tu proszę! Lotos niejedno ma zastosowanie!) oraz domową fabrykę czirotes – czyli cygar, które dziś palą już tylko turyści. I jeszcze ten okropny obiad – moja ukochana sałatka z liści herbaty ZBESZCZESZCZONA taką ilością czili, że wypalało… podwójnie! Nie pytajcie. 🙂

Dzielni znosiliśmy wszystkie te „atrakcje” tylko po to, żeby na samym końcu dotrzeć tam gdzie chcieliśmy, czyli do wioski Indein w której znajduje się ponad tysiąc stup oraz prawie tyle samo (jeśli nie więcej) stoisk z pamiątkami po drodze do nich. A po tym tak zwanym „punkcie szczytowym” programu… zawiezono nas do monasteru skaczących kotów (w którym to oprócz 4 wychudzonych futrzaków pałętających się po kątach nie było żywego ducha) oraz do sklepiku w którego kącie siedziały słynne kobiety-żyrafy z plemienia Karen zamieszującego Birme i północną Tajlandię.

To co z tymi biednymi kobietami zrobiła masowa turystyka to ŻENADA. Niestety, nie wszyscy tak sądzą i już po chwili otaczają je rozchichotane turystki (nację przemilczmy) polujące na wspólne selfi. A we mnie się aż gotuje…

Na pocieszenie, po powrocie z tej wątpliwie fajnej wycieczki czekało mnie syte curry w kolejnej super knajpce. Inle pysznym jedzeniem stoi!

To jak to jest z tym Inle? Słodko – gorzko. Były momenty fajne i takie, że zastanawiałam się co ja tutaj robię. Warto jechać? Jak najbardziej, ale sami zaplanujcie to co chcecie zobaczyć. Grupowa wycieczka łódką to dramat. Dla mnie najwspanialsza podczas tych 3 dni była możliwość podglądania życia mieszkańców jeziora i jego okolic – dzieciaków w mundurkach płynących do szkoły na łódkach, rybaków (tych prawdziwych) przy pracy oraz jazda przez wioski w których ludziom, pewnie żyje się trochę lepiej, właśnie dzięki nam, turystom, masowo ściągającym nad jezioro. Obawiam się jednak, że niewiele brakuje aby szala korzyści płynących z masowej turystyki dla mieszkańców tego pięknego regionu, przechyliła się na drugą stronę.

Robótki ręczne czyli jak powstają birmańskie cygara.
Powrót do przeszłości! Pani przędzie wełnę na kołowrotu.
Stupy w Indein – to właśnie one były celem tego dnia!
Stup jest tu w sumie ponad 1000 a kiedy zawieje lekki wiatr odzywają się małe dzwoneczki zawieszone na ich szczytach.
Uciekamy już z jeziora Inle – zatęskniliśmy za życiem wielkiego miasta. Kolejny przystanek – Mandalay!