Azja / Wietnam

Sajgon, że Ho Ho (Chi Minh)!

Lawina jest najgwałtowniejszą postacią ruchów masowych i stanowi olbrzymie zagrożenie dla ludzi i ich otoczenia oraz infrastruktury. Wyróżnia się wiele rodzajów lawin; kamienną, wulkaniczną, śnieżną.

Ja do tej listy dodałabym jeszcze jedną, mniej oczywistą, aczkolwiek znaną wszystkim wielbicielom wietnamskich miast – lawinę uliczną, szczególnie często występującą w centrum Sajgonu.

Ale Sajgon! – chciałoby się rzec. Pisząc ten post zastanawiałam się nad etymologią tego powiedzonka. Badacz pochodzenia słów jednak ze mnie taki jak z koziej dupki trąbka, nie wskórałam zatem nic w tym temacie. (Uprasza się o NIEprzesyłanie odpowiedzi na kartkach pocztowych, ale komentarz pod postem byłby mile widziany, o ile ktoś czyta te moje wypociny).

W 1975 roku decyzją parlamentu Sajgon przemianowano na Ho Chi Minh City (HCMC) na cześć wielkiego przywódcy i ku upamiętnieniu spełnienia jego marzenia o zjednoczeniu całego kraju. Niemniej jednak ja uważam, że nazwa Sajgon lepiej oddaje ducha miasta. W końcu wszyscy wiemy, że jest to synonimu bajzlu. A w przypadku HCMC bajzlu totalnego i do tego na dwóch kółkach!

Cześć, czołem kluski Bu Ca z rosołem! Przesyłam Wam gorącą depeszę z Wietnamu, prosto z budynku głównego sajgonskiej poczty Buu Dien. Pod czujnym okiem Ho Chi Minha, spoglądającego na mnie z olbrzymiego portretu zawieszonego nad sufitem, pragnę zaapelować do wszystkim moich kolegów i koleżanek, przodowników pracy, karmionych srebrną łyżeczką bywalców wielkiego świata, którzy odradzali mi zatrzymanie się na dłużej w Ho Chi Minh City. Dając wiarę ich słowom, miasto miało być wielkie, nieciekawe, głośne i chaotyczne. I co? I wszystko to okazało się prawdą! Sajgon to nie jest urocze Hanoi. Ale Sajgon to Sajgon. (suchar? ale myślę, że dość niezły!) Ja go kupuję i w nosie mam wasze opinie! Sajgon jest łatwy, nowoczesny i znajomy. Wielkie budowle, aleje, biurowce, parki i knajpy mogą nudzić w Europie, ale nie osadzone w najprawdziwszej wietnamskiej rzeczywistości. Tu dobry Ho uśmiecha się do mnie z piedestału, wszystkie drogi prowadzą na wielki targ, który kusi wspaniałym street foodem no i nie odmówicie chyba przyjemności NAJLEPSZEGO W WIETNAMIE MASAŻU? To miasto naprawdę da się lubić.

Budynek poczty w stylu kolonialnym to jedna z największych atrakcji Ho Chi Minh City. Wewnątrz znajduje się działająca poczta i sklepy z pamiątkami.
Piękny budynek poczty nad którym czuwa oko serdecznego wujaszka Ho – swoją drogą polecam Wam jego biografie – to są dopiero the Wildest Tales!

Sajgon jest dla mnie jak most między Europą a Azją. Wielki ośrodek finansowy i dla wielu mieszkańców Wietnamu – el dorado. Tu można się dorobić. Takie american dream tylko w realiach azja express. Niesamowite jest to jak szybko miasto podniosło się po wojnie. W niecałe 50 lat odgłosy walk całkowicie ustąpił pola jazgotu ulicy.

HCMC może wydać Ci sie całkiem nawet swoiskie i po europejsku bezpieczne do czasu kiedy, nie daj Bóg, noga Twoja nieuważnie postanie na ulicy w godzinach szczytu… a wtedy z przyjaciela, wujek Ho zamieni się w Twojego największego wroga!

Mnie osobiście ten spektakl uliczny zachwycił, chociaż o mało co nie przypłaciliśmy życiem przedarcie się na rondo na środku ulicy tylko po to, aby zrobić parę świetnych zdjęć przejeżdzającym skuterom. A na skuterach, prawdziwa rewia mody. Niech się schowają szanele, srele – ja też chce mieć kask z Hello Kitty! Ale Sajgon!

HCMC to nie tylko ruch uliczny, chociaż przyznam, że to on był dla nas największym szokiem po przyjeździe z delty Mekongu gdzie ekstrawagancją było nocne świerszczy cykanie. Z Can Tho przyjechaliśmy autobusem. W Sajgonie uderzył nas żar bijący z betonowych płyt. Chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do hostelu, ale nie przepłacać za taksówkę – zdecydowaliśmy się więc jechać miejskim autobusem i była to bardzo fajna, aczkolwiek czasochłonna (czekaliśmy blisko pół godziny na odjazd) przygoda – z cyklu „a co te białasy robią w tym busie?”. Hostel znaleźliśmy, zostawiliśmy nasze rzeczy i ruszyliśmy w miasto, żeby nie marnować czasu.

Zamaskowane żółwie ninja? Nie, to Wietnamska moda i ochrona przed spalinami, bo Sajgon to jedno z miejsc o najwyższym skażeniu powietrza w Wietnamie.
Zobaczcie tylko tego dzielnego motocyklistę! W Wietnamie dzieciaki już od małego oswajane są ze skuterami. To tak jak dla nas jazda na rowerze.
Z narażaniem życia wdarliśmy się na rondo żeby zrobić te fotki – musicie przyznać, że było warto bo ruch uliczny w Sajgonie fascynuje.
Rodzinka w podróży i znowu mały berbeć na przodzie. Ale Sajgon!

Sajgon to nie jest Hanoi. W Hanoi ulice oszałamiają, zdumiewają. W Sajgonie, ulica jak ulica. Nie zachwyci, a jak już wiecie, może zabić. 🙂 Chcecie zobaczyć coś fajnego? Kierujcie się zatem prosto na duży zadaszony rynek Ben Thanh – najstarsze targowisko w mieście. Nasz hostel znajdował się tuż za rogiem, dziarsko pomaszerowaliśmy zatem w stronę budynku, pełni nadziei na solidną wyżerkę. Nadzieje te, nie okazały się płonnymi.

Na Ben Thanh znajdziecie wszystko, jak każdy targ, tak i ten jest królewstwem badziewia, nie warto sobie więc zawracać głowy i od razu udać się do części restauracyjnej. A tam do wyboru, do koloru! Papaje, melony, dragonfruty czy inne, których nazw nie sposób spamiętać – oczopląs gwarantowany. Kluski takie i owakie z mięsem, rybą, tofu. Ale Sajgon!

W HCMC zabytków jest tyle co kot napłakał. Miasto to przede wszystkim ogrom historii. Nie da się się przed nią uciec. My uciekać nie chcemy, sami wychodzimy jej na przeciw. Pisałam Wam już jak zażenowana byłam swoją niewiedzą na temat wojny w Wietnamie a przecież jest to tak integralna część tożsamości narodowej jego mieszkańców. Z niecierpliwością czekałam więc na wizytę w Muzeum Wojny w Sajgonie. Nie jestem osobą, która lubi chodzić do muzeów. Zdecydowanie wolę ulicę, ale w tym przypadku jest to miejsce które, nie ma bata, musicie odwiedzić. Ale nie na chwilę. Nie zajrzeć i wyjrzeć. Nie „pobyć”. Nie „zaliczyć”. (Dariusz F wiesz coś o tym!) Dlatego najlepiej zwiedzać je samemu, poświęcając na to dobrych kilka godzin (co przy temperaturach na zewnątrz może okazać się zbawienne!). Historia wojny w Wietnamie jest wstrząsająca, dla mnie jednak najbardziej poruszające były historie ludzi (w tym amerykańskich żołnierzy) przedstawione na zdjęciach w muzeum. Sekcja poświęcona ofiarom napalmu to ta najbardziej i najszybciej chwytająca za serce. I rozrywająca je na drobne kawałki. Musicie zobaczyć to na własne oczy. Skutki zastosowania Agent Orange, mutacje w genach, dalej występują wśród mieszkańców tej części Wietnamu. Wojna przecież skończyłą się niecałe 50 lat temu. Pod Sajgonem znajduje się kilka sierocińców wyłącznie dla dzieci – ofiar napalmu. Ich pracownicy to głównie zakonnice. Niewielu wytrzymałoby psychicznie wizytę w tych ośrodkach.

Cały dzień łażenia daje nam nieźle w kość. Sajgon nas wymęczył, dlatego popołudniu idziemy do SPA! Trafiliśmy na najlepszy masaż na świecie. Tylko dla tego miejsca, mogłabym rozważyć mieszkanie w HCMC na stałe. 🙂 Na kolację ruszamy wcześniej przetartymi już szlakami kierunku targu – po zmroku wiele stoisk rozkłada się na zewnątrz i ulice wokół targu zamieniają się w jedną wielką jadłodajnie. I jakkolwiek europejski nie byłby Sajgon to jedzenie zawsze będzie tu swojskie, azjatyckie, pyszne i tanie. Jutro wracamy już do Hanoi. Nie mamy czasu na odwiedzenie tuneli Cu Chi, czego bardzo żałujemy – ale jak to się mówi, będzie powót by wrócić! Tymczase oczekujcie na wieści z północy. Następny stop przystanek stop Sapa stop. Pozdrawiamy!

Sajgon to miasto kontrastów. Nowe przeplata się tu ze starym, nowoczesność z historią, Europa z Azją.
Na ulicach, już głównie w formie dekoracji – atrakcji turystyczne, zobaczyć możecie dawne propagandowe plakaty.
W Ho Chi Minh City nie ma za dużo zabytków. Miasto jest dziś głównie wielkim ośrodkiem finansowym, jednym z najprężniej rozwijających się azjatyckich miast – tygrysów.
Brak zabytków może sprawić, że miasto wielu z Wam wyda się nieciekawe, przytłaczające i nijakie. Nam się jednak bardzo podobało – nie zabytki grają tu główną rolę a historia.
Sajgon nocą bardziej przypomina europejską metropolię niż azjatycki rozgardiasz. Miasto ma zupełnie inny klimat niż Hanoi.
Ho Chi Minh City może się Wam nie podobać, natomiast jedno jest pewne – zjecie tutaj dobrze i tanio jak na światową metropolię. Szczególnie polecam okolice targu nocą.
Nocny targ – tutaj jedliśmy kolację. Chętnie wrócimy do Sajgonu, bo jak każde duże miasto najlepiej byłoby w nim pomieszkać, żeby odkryć wszystkie jego fajne miejsca, które niedostępne są dla zwykłych turystów.
  • Wildesttales.com

    no ja mam nadzieje! a tymczasem czekam na Twoje posty!