Azja / Bliski Wschód / Iran

Perskie jednostki miary.

Iran ma na swoim koncie parę rekordów. Poszczycić się może między innymi najgorętszym miejscem na ziemi (pustynia Lut, gdzie latem temperatura sięga 70 stopni Celsjusza), pozostałościami po jednej z najstarszych cywilizacji (Persepolis) czy chociażby tym, że jego północne brzegi skąpane są w największym jeziorze świata (tak, tak – Morze Kaspijskie jest jeziorem!). Na pewno znalazłoby się jeszcze kilka wybitnych osiągnięć, problem w tym, że kraj ten ciężko opisać w liczbach, procentach, stopniach czy kilogramach. Iran jest wyjątkowy. I wyjątkowe są także jednostki miary, którymi należy go mierzyć.

Gościnny po persku.

Irańska gościnność przeszła moje najśmielsze oczekiwania. To, co naprawdę kryje się pod tym słowem,  miałam okazję poznać podróżując na Kaukaz, gdzie co drugi chłop okazywał się ochotniczym przewodnikiem-opiekunem. Pojęcie to w Iranie ma jednak zupełnie inny, globalny wręcz wymiar. Daje sobie łeb uciąć, że podczas podróżowania po tym kraju prędzej czy poźniej jakaś perska rodzina dokona na Was aktu samozawańczej adopcji. Zostaniecie wchłonięci i natychmiastowo zasymilowani, jakbyście byli zaginionym członkiem owej rodziny, który właśnie powrócił na jej łono. Co prawda z urazem mózgu, bo po Persku nie mówisz, ale kto by tam się przejmował drobnostkami. Jak się załapać na taką fuchę? Prosto. Wystarczy przyjechać. Łapią z ulicy – mówię tu zupełnie serio i za to właśnie kocham Iran najbardziej. Za ludzi. Ich dobroć to wartość niepoliczalna. Wszystko inne udało mi się bardzo zgrabnie sklasyfikować.

Kostka cukru z perskiej cukierni.

Mehran, nasz przewodnik powoli wrzuca ją do kubka z gorącą herbatą. Jedna, druga, kolejnych już nie liczę. To ją właśnie uznałabym za podstawową jednostę miary w Iranie, choć cukier w tym kraju niejedno ma imię…

Irańska cukiernia. Z ulicy spoglądasz ciekawie na jej wystawę, a na niej małe pakieciki wypełnione po brzegi słodkim Sohan – tofi z Qomu. Mieszkańcy tego miasta słyną z religijności i to właśnie przez ich pryzmat spogląda na Iran reszta świata. Ale słodycz Qomu tylko z pozoru jest nudna i do bólu tradycyjna. Na języku, gdzie nie dociera czujne oko Wielkiego Brata, kardamon w najlepsze wywija oberki z safronem. Zainteresowałeś się, wchodzisz.

Befarim, zapraszamy! Na pierwszy rzut oka, widać tylko ustawione w rzędy pudełka, a w nich białe kostki cukru. Idealnie kwadratowe, wszystkie take same. Reżim w słodkim świecie. Na kartonikach etykietki z zachodu krzyczące, że ta słodycz zabija i najlepiej trzymać się od niej zdaleka. Ale przecież nie od dzisiaj wiesz, że zakazany owoc smakuje najlepiej.

Rozejrzyj się zatem dobrze. Ten sezam, choć niepozorny, kryje wiele skarbów! Spójrz pod ladę spod której szelmowsko łypie hipsterski Nabat – gotowany cukier na lizaku. Przypomina mi Teheran. Wszystko tam zdaje się wrzeć! Wykwintne lody szafranowe, które uśmiechają się z lodówki, są jak mieszkańcy dużych, nowoczesnych miast – Shirazu i Esfahanu. Egzotyczny smak, ale w znajomej formie. Spodoba się wszystkim. Sięgnij do wielkich koszów w których znajdziesz miękkie daktyle z Kermanu, złoto-brązowe, ogorzałe słońcem niczym twarze ludzi z południa Iranu. Cierpliwie czekają aż porwą je jakieś małe rączki. Na lewo i prawo panoszą się wszędobylskie ciastka i ciasteczka z Yazdu. Ich odmian jest prawdopodobnie tak wiele, jak wiele jest wspaniałości do zobaczenia w tym niezwykłym mieście. Jeszcze nie wychodź! Stań na palcach i sięgnij na górną półkę. To północ Iranu – dolina Alamut, gdzie mało jest turystów a ludzie są jak miód. Ten prosto od pszczół, płynne złoto o najwspanialszych właściwościach.

Wracam do moich kostek cukru. Nieciepliwymi palcami otwieram pudełko i wkładam jedną z nich między zęby. Upijam łyk herbaty. Kostka szybko nasiąka cieczą, zmienia kolor i rozpływa się w ustach. Choć irański cukier ma tak wiele postaci to łączy go jedno. Jest niezwykle słodki – zupełnie jak mieszkańcy Iranu. 

Szklanka herbaty.

Będzie ich wiele, bo Iran bez herbaty nie istnieje. Herbata to styl życia. Pija się ją hektolitrami. Do śniadania, po śniadaniu, przed i po obiedzie, na podwieczorek i kolację, przed snem. Nawet sam chilijski wieszcz Neruda wspominał w swoich pamiętnikach, że perska herbata nie ma sobie równej! Gdy na dywanie lądują małe, przezroczyste szklaneczki wypełnione po brzegi niemalże czarną esencją, otwierają się ludzkie serca.

Od herbaty w Iranie nie sposób się uwolnić, dowodem na to niech będzie nasza wycieczka taksówką do Abyaneh gdzie w deszczu i śniegu, szalony kierowca zatrzymał się na poboczu i wyciągnął zza pazuchy termos z gorącą wodą. Czaju chcecie? 

Zamykam oczy i zaciskam dłonie na parującym kubeczku. Tylko jedna szklanka wystarczy, by przenieść się myślami na Jedwabny Szlak. A skoro wypitych szklanek słodkiego jak ulepek napoju było dużo, to i cały czas wydawało nam się, że jesteśmy w bajce. Tylko ten nasz dywan usilnie nie chciał latać!

Noce (nie)przespane na perskich dywanach.

W tradycyjnych perskich domach, szczególnie w mniejszych miastach i wsiach, nie ma łóżek – śpi się na materacach rozłożonych na przepięknie haftowanych dywanach. Liczba nocy, po których obudzicie się z bólem krzyża jest miarą tego, czy widzieliście prawdziwy Iran. Ten wykraczający poza piękne meczety i bazary. Jak to powiedział nasz couch surfingowy host z Esfahanu – żeby poznać kraj trzeba wejść ludziom do domów i lodówek. Drogi Rezo, melduję, że wykonaliśmy zadanie! (A w jego mieszkaniu, chociaż łóżko miał, to i tak z przyzwyczajenia rozłożyliśmy się na dywanie. Oficjalnie Spersyfikowani!).

Zrób sobie przysługę i nie planuj podróży po Iranie, bo nigdy nie wiesz, czy nie spotkasz na swojej drodze Persa, który akurat będzie miał ochotę napić się z Tobą herbaty albo, co lepsze, zaprosić Cie do domu i przenocować. I broń Cię Panie Boże mu odmówić. To NAJLEPSZE CO MOŻE WAS SPOTKAĆ W IRANIE!!

Nieoczekiwane akty bezinteresowanej życzliwości.

Psst… widziałeś jeden bazar? Widziałeś wszystkie. Nie wiedzą co tracą niewolnicy biur podróży. W Iranie musisz mieć czas na nieoczekiwanie akty bezinteresowanej życzliwości.

Iran to dla mnie obok Rosji kraj z najfajniejszymi pamiątkami z podróży. To również pierwszy kraj w którym nie kupiłam sobie ani bliskim nic, a zarazem kraj, z którego wróciłam z największą ilością prezentów. Obdarowywali mnie nimi sami Irańczycy!

Od bransoletki, przez pestki moreli i słodycze po gipsowy obrazek (niestety połamał się w drodze), wyszywane woreczki na drobiazgi, pocztówki, karteczki z wierszami. Nie koloryzuję. Tak było. Wiele dobrego spotkało nas przez couchsurfing, ale te najcenniejsze dla nas momenty, o których będę Wam opowiadać w kolejnych postach, przytrafiały się znienacka. Ktoś pomógł nam z kartą SIM, ktoś nas gdzieś zawiózł, zaprosił, ugościł, nie wypuścił z domu (głodnych!). Całe to dobro od najzwyklejszych ludzi napotkanych w sklepie czy na ulicy!

Ja wiem, że to brzmi niewiarygodnie. Ba! Mnie samej trudno w to wszystko uwierzyć. Ale takie właśnie jest Iran. Pełen niesamowitych historii okraszonych pięknymi widokami i z najwspanialszymi na świecie ludzi. Niech ten post będzie wstępem do moich baśni 17 i jednej (szczególnie wyjątkowej) nocy, które tam spędzieliśmy. Pieprzyć politykę, to co mówią inni, nagonkę zagranicznych mediów, religijne zaślepienie. Weź to olej i na naszym latającym dywanie udaj się ze mną w podróż do jądra WSPANIAŁOŚCI.

Niniejszym, bez dalszych ceregieli, witajcie w Iranie!