Azja / Bliski Wschód / Iran

Meymand. Jabadabadu po persku.

Rozklekotanym PKS-em, pamiętającym jeszcze czasy ostatniego Szacha, docieramy do Shahr-e-babak. Nic Wam nie mówi ta nazwa? Przed wyjazdem do Iranu nam też nic nie mówiła, ale wyznajemy zasadę, że jak w podróży nawinie się okazja to trzeba rzucać się na nią jak przysłowiowy Reksio na szynkę. Także jesteśmy w Shahr-e-babak, ale to senne miasteczko nie jest naszym celem. Na miejscu czeka już na nas taxi załatwiona przez Mansoura (jeśli nie wiecie kto to Mansour to nawołuję niczym muezzin z wieży meczetu do zapoznania się z TYM postem).

Dzisiejszą noc spędzimy w Meymand, małej wiosce której mieszkańcy od blisko 2 tysięcy lat żyją w… jaskiniach! To miejsce jest niesamowite i jakby tego było mało, całą tą niesamowitość mamy dziś na wyłączność. W miejscu, które powinno być OBLEGANE przez turystów, jesteśmy sami. I jak tu nie kochać Iranu?

Zatrzymujemy się w jaskni należacej do babuszki, która nie mówi po angielsku, ale to zupełnie nie przeszkadza w komunikacji bo… Mansour wszystko już za nas załatwił. 🙂 Babuszka przygotowuje nam pyszną kolację. Na dywanie lądują miseczki z parującym dizi, perski chleb, damasznej roboty jogurt, miód a na przenośnym palniku wesoło bulgocze czajnik z gorącą wodą. Coś mi mówi, że szklanek herbaty będzie dziś dużo. Wkładam do buzi kostkę cukru i czekam aż gorący płyn uwolni jego słodycz.

Witamy w Meymand!
Wioska rozpościera się malowniczo na stokach doliny i składa się z około 400 jaskiń, ułożonych piętrowo, jedna nad drugą.
Większość z jaskiń jest bardzo ciemna z powodu braku dostępu światła naturalnego oraz od sadzy, którą powleczone są wewnętrzne ściany. Tak wygląda nasza jaskinia w środku.
Jaskinie przeznaczone tylko do przebywania latem, posiadają specjalny system cyrkulacji powietrza, który wpływa na ochłodzenie temperatury w pomieszczeniu. Natomiast te całoroczne są cieplejsze ze względu na pokrycie dachu drewnianymi krokwiami. 
Mario przed wejściem do naszej jaskini.
Kolacja u perskiej babuszki.
Tak się robi herbatę po persku!

Zanim zajdzie słońce idziemy na spacer po wiosce gdzie przechwytuje nas starszy pan, który opiekuje się lokanym muzeum. Ach jak on sie ucieszył na nasz widok! Łamanym angielskim (w praktyce wyglądało to tak, że krzyczał pojedyncze słowa a potem zapodawał cały wykład w farsi) oprowadził nas po muzealnej kolekcji, a potem zostawił na pastwę losu kiedy pojawiła się grupa irańskich turystów którzy, pech chciał, bardziej zainteresowani byli nami niż zwiedzaniem. 🙂

Zostajemy poczęstowani czymś białym co wygląda jak słodycze. Ooo to musi być dobre! Odważnie biorę jedną kulkę i całą wpycham sobie do buzi…fuuu… Nasze nietęgie miny sprawiają, że spotkani Irańczycy prawie płaczą ze śmiechu.

Czy ja Wam już wspominałam, że Persowie uwielbiają kwaśny smak? Dowodem w tej sprawie niech będzie okropny marynowany w occie czosnek (po 10 lat, bez żartów!) a te białe kulki to KASHK – zeschnięta śmietana. Smacznego!

Hosseinieh czyli dom modlitwy. Coś jak meczet, ale jest on bardzo skromny, brak w nim nawet minaretów. Wnętrze stanowi duża wydrążona komnata poprzedzielana filarami, a podłogę pokrywają dziesiątki wielobarwnych dywanów.
Podobno w Meymand mieszka na stałe około 100 osób – my widzieliśmy może z 10? Większość młodych wyjechała za pracą do wielkich miast.
W Meymand było dość chłodno – kwiecień to idealna pora na odwiedzenie Iranu, z przyjemnością otulałam się chustą, która w upalne lato pewnie by mnie wkurzała.
Meymand o zmroku.

W jaskniach śpi się cudownie. Mikroklimat, te sprawy. Jedząc śniadanie poznajemy wnuczka staruszki. Mały Reza to niewątpliwie najpiękniejsze dziecko świata. Po wspólnej herbacie mamy jeszcze trochę czasu więc idziemy zrobić ostatnie zdjęcia. Po drodze wyłapuje nas dziadek od muzeum i zaprasza do swojej jaskini. Na dywanie ląduje miód, cukierki (oprócz kwaśnego Persowie uwielbiają przecież słodycze!) a potem wór pełen pestek moreli, które w Europie w eko sklepach kosztują krocie! Konwersacje prowadzi za nas google. Błogosławiony on! Jaskinia dziadka to taka nasza kawalerka, albo studio. Jeden, dość zagracony pokój, którego główne miejsce zajmuje przedrewolucyjny radioodbiornik. Niesamowity klimat.

Mały Reza. Co z Ciebie wyrośnie?

W południe odbiera nas Ali – taksówkarz nagrany wcześniej przez Mansoura, który oczywiście zdążył już 3 razy zadzwonić do nas pytając czy aby wszystko nam się podoba. Po drodze Ali zabiera nas do restauracji. Oglądamy menu i trochę sie buntujemy, że drogo, że kebab chcemy, że gdzie indzie. Ali nic z tego nie rozumie w końcu zdzwaniamy się z kim? No oczywiście, że z Mansourem! Obciach totalny bo okazuje się, że restauracja jest tania jak barszcz a my dalej nie łapiemy się w świecie tomanów i riali. Objedzeni po uszy łapiemy autobus do Yazdu i już nas nie ma.

Meymand jest super. Wiele osób rezygnuje z odwiedzenia tego miejsca bo, jeśli nie jesteście na zorganizowanej wycieczce autokarowej i macie mało czasu to dostanie się do wioski jest trochę upierdliwe. Pół dnia z głowy. Ale pół dnia lokalnym autobusem po bezdrożach w Iranie jest przygodą samą w sobie, nie wspominając już o noclegu w jaskni. To jak? Widzimy się w Meymand? Jabadabadu podróżnicy!

Irańskie PKSy, a raczej przygody, które nas w nich spotkały, zasługują na osobny post. Podczas gdy mężczyźni próbują czytać mój przewodnik, żeby móc z nami choć trochę pogadać, ta mała dziewczynka tak sobie mnie upodobała, że przez cała drogę mnie zaczepiała. Na początku tylko patrzyła a potem tak się rozbestwiła, że nie miałam wyjścia. Musiałam się bawić. 🙂