Azja / Birma

Mandalay na dwóch kółkach.

Miało być Hpa-An, cisza i spokój. Tylko my, natura i przysłowiowe psy szczekające dupami. Transport w Birmie rządzi się jednak swoimi prawami i w obliczu 18 godzin w autobusie każdy by zwątpił w sens takiej, nie bójmy się użyć tego słowa – TUŁACZKI. Z braku laku decydujemy się na Mandalay, drugie pod względem liczby mieszkańców, największe miasto w Mjanmie. Nie chcieliśmy tam jechać, ale czasami to życie wybiera za nas. Zobaczmy więc jaki scenariusz ma dla nas tym razem…

Moja „królewna śnieżka” za sterami naszego skutera!

Do miasta docieramy późnym popołudniem. Jest parno. W powietrzu unosi się pył z piaszczystych ulic, który bezlitośnie oblepia nasze spocone ciała. W hotelu rzut oka na Trip Advisor i okoliczne knajpy. Szybko robi się ciemno i tak jak w przypadku Rangunu, życie nocne pewnej części ciała nie urywa… Znajdujemy restaurację serwującą solidny, chińsko-birmański bufet i już czujemy się jak w domu. Potem jeszcze kilka zimnych browarków i prawie udaje nam się zapomnieć o 8 bitych godzinach w marszrutce, przejechanych pod prąd – Mandalay było nam zupełnie nie po drodze!

Następnego dnia ogarniamy sobie skuter żeby zwiedzić okolicę. Na atrakcje samego miasta nie mamy czasu, to co znajduje się poza jego granicami wydaje nam się dużo bardziej ekscytujące. No i ten skuter – nasz krem de la creme każdego wyjazdu do Azji, bo jak skuter to i przygoda (te słowa są jak samo spełniająca się przepowiednia, sami zobaczycie)! Pierwszy przystanek – Sagaing. Bez mapy i planu jedziemy „na czuja”. Wjeżdżamy na wzgórze, parkujemy nasz pojazd i idzemy zwiedzać główną świątynię (jak ją znaleźliśmy? Nie mam pojęcia!). Z góry rozciąga się piękny widok na okolicę – złote stupy i rzekę Irrawaddy.

Kiedy wracamy do naszego skuterka z przerażeniem stwierdzam, że jedno z tylnich świateł dosłownie zwisa na cienkim kablu. Niewiele brakuje, żeby całkowicie odpadło. Cholera jasna! Kiedy to się stało? Czy to przez koleinę w którą wjechaliśmy po drodzę? A może walnął w nas zaparkowany obok samochód? Trochę się obsraliśmy. Nie mamy żadnego ubezpieczenia, nie mamy też kasy na ewentualne pokrycie naprawy. No nic, grunt w tym, że nie oddaliśmy w depozyt naszych paszportów więc będziemy iść w zaparte, że to światło było już urwane. Nie chcemy pozwolić na to, aby to wydarzenie zepsuło nam cały dzień (a jest to jeden z naszych ostatnich dni w Birmie).

Główna świątynia na wzgórzu Sagaing – setki podobizn Buddy i przyjemny chłód przepięknych turkusowych kafelków.
Zjeżdżając z wzgórza w Sagaing trochę kluczyliśmy i natknęliśmy się na piknik lokalsów w okolicach jednej z maleńkich świątyń na uboczu.

Jedziemy do Mingun. To około godzina drogi. Długo! Czerty litery naparzają! Jest gorąco jak diabli, ale podczas jazdy chłodzi nas wiatr, więc ja na tym motorze mogę spędzić resztę życia. Tym razem już na samym wjeździe do wioski łapie nas coś w rodzaju turystycznej policji i od razu każą płacić. Za co? A za ruiny świątyni, która byłaby największa, gdyby nie przerwano jej budowy (swoją drogą co to za PR ja się pytam?!), największy dzwon na świecie, który wisi i nie jest pęknięty (ale zobaczyć go można tylko zza bramy – nie wiem czy akurat nie było poprostu zamknięte?). Są tu jeszcze dwa BYCZE słonie wyrzeźbione w kamieniu, które chronią wejścia do świątyni i kolejne miejsce kultu – Biała Pagoda. Kręcimy się po okolicy kiedy to w pewnym momencie wpada mi w oko ciekawy deseń longhi – takich jeszcze nie mam! Dokupuje zatem dwie spódnice w ramach pamiątek dla najbliższych a Mario bierze dla siebie koszulkę, wyzwalając przy tym tak zwany efekt domina. Teraz każdy sprzedawca chce nam coś wcisnąć – od kadzideł po kokosy. Zmuszeni jesteśmy wskoczyć na motor i uciekać gdzie pieprz rośnie.

Na obiad zatrzymujemy się w mocno podejrzanej garkuchni. W dodatku curry, które zamówiliśmy wyjeżdza na stół w zaskakująco szybkim tempie (i nie jest gorące!)… Okoliczne kundle bynajmniej nie mają tych samych wątpliwości i łapczywie pożerają rzucane im pod stół kawałki kurczaka.

Ruiny w Mingun.
Przekąski ze smażonej na głębokim tłuszczu ciecierzycy. A to obok to chyba maleńkie krewetki? Pyszne, więc może lepiej nie wnikać. 🙂
Liczi i sprzedawczyni o przepięknych miodowych oczach! Owoce kupiliśmy, bo nigdy wcześniej nie jadłam liczi – mają dziwną galaretowatą konsystencję i pestkę w środku. 

Czas leci nieubłagalnie a ja chciałam jeszcze zobaczyć słynny most i obejrzeć zachód słońca ze wzgórza Mandalay. Pędzimy zatem jak szaleni do Amurapury. Tekowy most U-Bein to atrakcja nie tylko dla przyjezdnych. Pełno tu lokalsów – młodzież strzela sobie selfi, mnisi odpoczywają na ławeczkach w ceniu parasolek, a Pan Sowa (Mr Owl) przepowie Ci przyszłość czytając z dłoni. Gdy tylko słońce chyli się ku zachodowi tłum gęstnieje. Każdy chce uchwycić ten wspaniały moment. Nam też się udało, ale inne zdjęcia z tego miejsca wypadły zdecydowanie ciekawiej niż oklepany, acz piękny, zachód słońca.

Zdajemy sobie sprawę, że nie damy rady dojechać na wzgórze Mandalay. Po kwadransie robi się już zupełnie ciemno. Decydujemy się zatem pokornie wrócić do hotelu. Oświetlenie ulic w Birmie to temat, którego nie ma. Latarkę warto mieć ze sobą zawsze i wszędzie. Nawiguję posługując się mapami w telefonie, ale bateria w pewnym momencie daje za wygraną (po milionie zdjęć z mostu). No i klops. Nie wiemy gdzie jesteśmy. I nie ma nawet kogo zapytać. Jedziemy więc w ciemno (dosłownie) przed siebie. Kiedy dostrzegamy ludzi na ulicy Mario zwalnia a ja z błagalnym wzrokiem wyciągam przed siebie ulotkę naszego hotelu. WHERE?

Elegancki mnich z mostu U-bein. 
Nad brzegiem rzeki lokalsi w ciekawie podwiniętych longhi grają sobie beztrosko w birmańską wersję zośki.
Przepiękne kolory zachodu słońca.
Most U-Bein i ruch jak na Marszałkowskiej!
Widok z mostu na rzekę Irrawaddy.
Mężczyzna ciągnący łódkę przez nenufary nieopatrznie stał się bohaterem jedengo z moich ulubionych ujęć.
Na moście kupić można mydło i powidło!

Po kilku takich próbach udaje nam się natknąć na kogoś kto ciut panimajet inglisz. Szczęśliwie docieramy do hotelu i zostawiamy skuter przed wejściem. Jutro się okaże czy każą nam płacić za to oberwane światło. (Nie kazali.) Idziemy na szamę i browary. Należy nam się, a co! W knajpowym kiblu patrzę w lustro i nie mogę uwierzyć – KUR… to naprawdę ja? Z odbicia zerka na mnie umorusana na CZARNO (skrzętnie zbierany kurz i pył z birmańskich dróg) gęba. W dodatku spocona i nieźle zmęczona. O matko! To teraz już nie dziwię się, że się tubylcy gapili na mnie jak na wariatkę jak łaziłam od jednych do drugich z wyświechtaną ulotką w rękach i obłędem w oczach. Ale jaja!

Wszystko co dobre szybko się kończy. Dwa tygodnie w Birmie za nami. Przydałby się jeszcze jeden. Albo dwa. Najlepiej trzy! Birma jest super. Choć na początku niemiło zaskoczyła nas deszczem i ilością turystów (bo my też się głupio napaliliśmy, że będziemy Kolumbami) to potem było już tylko lepiej. Jakże inny i wyjątkowy jest to kraj na tle swoich południowo-wschodnich sąsiadów. Jak fantastyczni i sympatyczni są Birmańczycy! Przyjechałabym do Mjanmy jeszcze raz tylko dla samego Baganu, bo czuję niedosyt. Niedosyt miejsca w którym przecież byłam, nie wspominając o takich skarbach jak Mrauk U, Hpa An, Ngapali i Hsipaw – wszystko to z czego musieliśmy zrezygnować. I jeśli moje posty nie przekonały Was do wizyty w tym cudownym kraju to powiem Wam jedno. BIRMAŃSKIE CZIPSY Z CHILI SĄ PRZEKOZACKIE!!!

Żegnaj Birmo!