Azja / Tajlandia

Khao Sok. Raj to tu!

W Tajlandii siedzimy już od roku, aż wstyd się przyznać, że widzieliśmy zaledwie małą część tego pięknego kraju. Jak do tej pory moim absolutnie ulubionym miejscem jest park narodowy Khao Sok z ogromnym jeziorem Cheow Lan o przepięknej, turkusowej wodzie, jaką można znaleźć tylko w tej części świata. Dziś zabieram Was właśnie tam!

W lutym wpadli do nas na tydzień rodzice Mario. Postanowiliśmy zabrać ich na kilka dni do Khao Lak na plażing, smażing i podglądanie rybek a potem dać nura w dżunglę, czyli połączyć wszystko to co w Rajlandii najlepsze. Khao Lak okazało się niewypałem, chociaż rybki były niczego sobie. (Takie ceny w Tajlandii?? Tu napewno nie przyjeżdzają blogerzy, którzy później chwalą się, że przeżyli w Azji za 30 zł dziennie. Nie ma opcji.) Z radością się stamtąd zawineliśmy.

W Khao Sok zatrzymaliśmy się w Khao Sok Riverside Cottages. Ładne drewniane domki w gęstej zielonej dżungli nad rzeką. Jeździliśmy po okolicy rowerami z lokalnym przewodnikiem, który wpadł na „świetny” pomysł zabrania nas na farmę świń (przeżycie traumatyczne), a następnego dnia pojechaliśmy na wycieczkę z noclegiem na jeziorze Cheow Lan. Nad jezioro dostaliśmy się busem a potem czekała nas jeszcze blisko godzina przeprawa łódką. Te wszystkie longtaile, które tak romantycznie wyglądają na insta są tak głośne, że lepiej zapobiegawczo siadać z przodu. Nikt jednak nie uniknie przemoczenia do suchej nitki bo woda pryska na wszystkie strony świata. Od razu mówie, nastawcie się na hałas, ból czterech liter, dużo wody i… wspaniałą przygodę!

Po dopłynięciu do naszych pływających chatek i zakwaterowaniu od razu złapaliśmy wiosła i poszliśmy na kajaki a późnym popołudniem wybraliśmy się na trekking w dżungli. Trekking nie był jakiś specjalnie wymagający co mnie trochę zawiodło. I tu uwaga! Są dwa rodzaje tego trekkingu – jeden z jaskinią, drugi bez. My o tym nie wiedzieliśmy a bardzo liczyłam na wejście do jaskini. W zeszłym roku widziano tam bowiem… kobrę królewską! Czaicie jaki to by był post na bloga? A tak na serio, jak o tym przeczytałam to jednak stwierdziłam, że może to dobrze, że jednak tej jaskini nie było w planie. Wrociliśmy do chatek wieczorem na pyszną kolację (żarcie na wycieczce było rewelacyjne) a potem od razu w objęcia Morfeusza, bo następnego dnia rano czekało nas poranne safari. Widzieliśmy trochę zwierząt, głównie małpy, pająki, ptaki i dzikie świnie. Nie ma co się napalać, wizyta w parku narodowym to nie jest to samo co pójście do zoo. Za to drżenie serca na każdy szelest krzaków za plecami jest niesamowitym przeżyciem. No i te widoki! Zielona dżungla i turkusowa woda. Mówisz Tajlandia, ja widzę te właśnie kolory. 

Po powrocie z wycieczki zostaliśmy jeszcze na 2 noce w innym resorcie – Silver Cliff, równie dobrym chociaż jedzenie lepsze było w Riverside. Za to w bonusie dostaliśmy słonia (niestety nie dzikiego), na którego natkneliśmy się na wieczornym spacerze. Misja została zakończona sukcesem. Teściowie zadowoleni polecieli do Chiang Mai. My od powrotu z Khao Sok byliśmy kilka razy w Bangkoku ale kolejny dłuższy, lokalny wyjazd czeka nas dopiero w październiku. Planujemy znowu odwiedzić północ, tym razem nie podczas Songkran więc będzie okazja zrobić trochę zdjęć. Tymczasem zostawiam Was z mini galerią z Khao Sok.