Armenia / Kaukaz

Kaukaski koszmar autostopowiczów.

Zawsze uważałam, że w drodze, mam jakiegoś niesłychanego farta, a to ktoś zaprosił na obiad, a to zabawiłyśmy w wiosce z lokalsami przez trzy dni za friko, a to ktoś bezinteresownie pokazał nam swoje miasto. Dziś, pomimo tego co się stało, też tak sądzę. Ba! Jestem tego więcej niż pewna.

Ludzie są dobrzy. W większości. Ale zawsze na tysiąc tych dobrych, trafi się jeden, za przeproszeniem, chuj. Taka statystyka. I jak się słusznie domyślacie ten chuj, musiał w końcu pojawić się na naszej drodze.

Ze łzami w oczach i słoikami miodu w plecakach opuszczamy Tandzatap. Pora wrócić na północ. Po drodze zaglądamy jeszcze do Goris, jednak złapanie stopa nie idzie nam tak gładko jak w przeciwnym kierunku. Przez pierwsze pół godziny nic. ZERO samochodów. Rzucamy plecaki na pobocze i idziemy „za potrzebą”. Nagle słyszę krzyk Anki – JEDZIE! Szybko zakładamy gacie i wyskakujemy niemalże pod koła terenowego jeepa. Mamy szczęście. Siedząca w nim rodzinka zatrzymuje się i zabierają nas aż do Goris. Podczas drogi podpytują o cel podróży i czy się nie boimy tak same, a tak w ogóle to gdzie są nasi mężowie? 🙂 Na co jedna z kobiet mówi „oj co Ty gadasz, przecież gdyby miały mężów to by tak same nie jeździły, oni by nie pozwolili na to„. Ach… Armenio – ostojo patriarchatu! Po czym pytają się na co studiujemy, czym łagodzą nasz kulturowo – feministyczny wstrząs mózgu. Piękne, młode i odważne – no i jak tu się gniewać!? 😉

Po drodze do Goris, na trasie naszej marszruty znalazł się Szatański Most – tutaj formy skalne w jego okolicy. Samego mostu nie widziały. 🙂
Miejsce to znajduje się około 5km od Tatevu w kanionie rzeki Vorotan.
Dla amatorów kąpieli – znajduje się tam naturalny basen.
Średniowieczne skalne miasto to największa atrakcja (i jedyna?) Starego Goris.
U podnóża ciekawie wyglądających form skalnych znaduje się cmentarz.
Jeśli starczy Wam czasu i chęci, możecie wybrać się na mały trekking między tymi skałami – jest tam kilka tras a i widok podobno zacny. Wyglądem przypomina to trochę małą turecką Kapadocję.

Podróżowanie autostopem jest fajne. Widzisz, przygoda, nowi ludzie, ciekawe historie do opowiadania przy piwie. Mało kto jednak, spośród grona fanów wyciągniętego kciuka, wspomina o tym, że po jakimś czasie człowiek naprawdę ma dość i po prostu poszedłby w kimę. Po grupie wesołych starszych panów, którzy co rusz się pytają – a to widziałyście? a tamto? a jak Armenia? (oczywiście jedyna słuszna odpowiedź to PIĘKNA!), doceniamy to, że kolejny kierowca nic do nas nie mówi. Puszcza tylko jakieś armeńskie hity, a my możemy w końcu odpocząć…

Goris – rzut oka na ulicę prowadzącą do Skalnego Miasta.
Podczas jednej z naszych podróży autostopowych zatrzymaliśmy się przy manufakturze samowarów.
A tutaj zdjęcie z drogi – w towarzystwie sympatycznych starszych panów. Zdecydowanie za dużo gadali po drodze, ale przy robieniu tego zdjęcia było wesoło. 🙂

Podróżujemy z nim przez blisko godzinę, by później znowu zmienić samochód (i zestaw hitów). Tym razem zabiera nas para, która nie do końca kuma rosyjski, nie wspominając już o angielskim. W wyniku nieporozumienia, wysadzają nas oni na przystanku autobusowym w Araracie. To miasto od razu wzbudza w nas niepokój. Ludzie dziwnie się tu jakoś gapią. Jesteśmy zmęczone i nie wiemy w którą stronę ustawić się „na Erywań”. W końcu na przejściu dla pieszych łapiemy starą ładę. Koleś mówi nam, że nie może podwieźć nas do Erywania bo właśnie stamtąd wraca, ale do wylotówki, nie ma problemu. Musi tylko zostawić torby z zakupami w domu. Wsiadamy do samochodu i załapujemy się jeszcze na kawę i ciastka u jego matki.

I od tej kawy właśnie wszystko się zaczęło.

Koleś naciska, żeby pokazać nam ogród. Idziemy za nim. Pies w ogrodzie, na jego widok, szczeka jak opętany. On rzuca w niego kamieniem. Później, jakby tego było mało, popijając z nami kawę, kopie w rower małego chłopca, syna swojego brata. Tak niby dla jaj.

Coś dziwnego jest w tym domu. Anka pyta się mnie jak się czuję. Mówię jej, że źle, że coś mi tu śmierdzi. Mamy takie same odczucia.

Koleś gdzieś wychodzi, po czym wraca i nie pozwala nam dopić kawy tylko mówi, że się zbieramy. Szybko, już. Zgadzamy się bo przecież robi się ciemno a my przed zmierzchem chciałyśmy dotrzeć do stolicy.

Siadam z przodu, a Anka z tyłu. Plecak kładę sobie w nogach. Nie chcę oddać go do bagażnika, zawsze czuje się pewniej z bagażem w zasięgu wzroku. Z resztą słyszałam historię o tym jak podczas podróży autostopem kierowca zachęcił pasażerów do wyjścia z samochodu, żeby zrobili kilka zdjęć i kiedy oni zajęci byli kontemplowaniem natury, ten poprostu spierdolił z ich plecakami…

Jedziemy. W pewnym momencie widzę jak koleś mija wylotówkę na Erywań. Delikatnie próbuję zasugerować mu, że miał nas wysadzić właśnie tam. Bez rezultatu. Skręca w polną drogę. Zaczyna zmierzchać, a na horyzoncie pojawia się gróźnie wyglądający cień góry Ararat. Jedziemy w kierunku tureckiej granicy…

Kolejny raz, już teraz z większym strachem, próbuję wytłumaczyć mu, że dziękujemy za pomoc i teraz poradzimy sobie same, na co słyszę: „Erywań jutro, teraz jedziemy do mojego wujka„. Pada na nas blady strach. Proszę go łagodnie o to, żeby zatrzymał samochód. W tym momencie koleś zaczyna drzeć na mnie japę „co Ty sobie myślisz, ja jestem dobrym człowiekiem, jak mówiłem, że pomogę to pomogę, co się boisz!!!??„. Wbijam wzrok w podłogę co jeszcze bardziej go podkurwia „czemu sie boicie, ja wam nic przecież nie zrobię!!” – krzyczy i gwałtownym ruchem podgłaśnia muzykę w samochodzie. Czuję na karku krople zimnego potu. Przez głowę przelatuje mi tysiąc myśli. Boję się.

Naprawdę, kurwa, pierwszy raz w życiu, panicznie się boję.

Na końcu drogi widzę samochód, otoczony przez grupkę ludzi. Sami faceci. Modlę się, żeby tylko ten psychol się tu nie zatrzymał.

Czuliście kiedyś taki pierwotny, zwierzęcy strach? Strach, który przewierca Wam mózg, blokuje logiczne myślenie, a w głowie pojawia się tylko jedna myśl – MUSZĘ STĄD SPIEPRZAĆ!!! 

Nie możemy dać mu jednak przewagi i pokazać, że się boimy, trzeba rozegrać to na chłodno.

Na chłodno. Tylko jak? Panika nie pozwala zebrać myśli. Na szczęście mijamy tą grupę facetów i jedziemy dalej. Przejeżdżamy koło pola, na którym pracują jacyś ludzie. Są ludzie, jest dobrze. Namawiamy się z Anka po polsku, żeby powiedzieć kolesiowi, żeby się zatrzymał bo musimy iść do toalety. I wtedy los się do nas uśmiecha. Dzwoni mu telefon. Odbiera, a ja spokojnym tonem i z uśmiechem na twarzy (a ile mnie ten uśmiech kosztował!) mówię mu wtedy „nam nada w tualet, musimy do toalety, zatrzymaj się na chwilkę, proszę” i nawet zdobywam się na lekki chichot. Psi, psiiii, przecież zaraz posiusiamy się w samochodzie. Korzystąjac z tego, że koleś, oprócz tego, że jest psycholem, na nasze szczęście, okazał się przy tym jeszcze debilem, zatrzymuje się, dalej rozmawiając przez telefon.

TERAZ ALBO NIGDY otwieramy drzwi, łapiemy nasze plecaki i SPIERDALAMY CO SIŁ W NOGACH!!!!!

Biegniemy na pobliskie pole gdzie pracują rolnicy. W panice wołam po rosyjsku o pomoc, zatrzymuję jednego z nich i próbuję tłumaczyć sytuację. On nie rozumie. Nerwy wyostrzone do granic możliwości. Odwracamy się i widzimy starsze małżeństwo w samochodzie. Zatrzymują się. Mężczyzna wychodzi z auta i pyta co się dzieje. Na szczęście mówi po rosyjsku więc cała drżąc, tłumaczę mu sytuację. Nie zastanawiając się długo każe nam wskakiwać do niebieskiego wana należącego do jednego z rolników. Pojedziecie z nim do wsi – mówi, a stamtąd ja Was zabiorę do Erywania. Czujemy jak szala zwycięstwa w tych igrzyskach śmierci, które zgotował nam dziś los, nieznacznie przechyla się na naszą stronę…

Wsiadamy do wana.

W tym momencie, psychol znowu pojawia się na horyzoncie. Zajeżdza drogę naszemu autu i wyskakuje z samochodu z mordą. Nasz kierowca robi to samo, pomimo tego, że błagamy go żeby został w środku. Zaczynają się popychać.

Psychol jest wyjątkowo agresywny. Znowu uśmiecha się do nas szczęście. Dogania nas kolejny samochód, który zatrzymuje się przed samochodem psychola, a za naszym, parkuje starsze małżeństwo. Nagle psychol orientuje się, że otoczony jest przez krąg ludzi. Trochę łagodnieje. Następuje wymiana zdań po ormiańsku. Po czym psychol zawija się spowrotem do samochodu i z piskiem opon odjeżdża w siną dal. Widzę jeszcze jak starszy pan fotografuje jego tablice rejestracyjne, podchodzi do nas i mówi – „znam tu wszystkich, jeden telefon i wiem kim jest ten człowiek”. Nie mówi nam jednak o czym rozmawiali.

Wszystko skończyło się dobrze, wrociłyśmy do Erywania przez całą drogę przeżywając jeszcze wydarzenia tego wieczoru. Było nam niedobrze. Ance przypomniało się, że miała w plecaku nożyczki. Milion razy przerabiałyśmy potencjalne wersje zdarzeń – a co by było gdyby Anka dźgnęła nożyczkami tego psychola w szyję? Gdyby udało mi się wyskoczyć i uciec a ona zostałaby w samochodzie, albo nie daj Boże w szarpaninie zginął by on (mała strata dla ludzkości) albo któraś z nas? Przy takich wersjach zdarzeń, to co nas spotkało to pikuś. Jakie plany miał ten człowiek względem nas? Nie sądzę, że chciał nas zabić. Aczkolwiek gdybyśmy trafiły do domu tego rzekomego wujka, to kto wie.

Niech ten post będzie przestrogą. Zawsze ufajcie pierwszemu wrażeniu. Już w domu tego kolesia czułyśmy, że coś jest nie tak. Gdzieś przecież wyszedł, gdzieś dzwonił, nie chciał tego robić w obecności matki i szwagierki. Coś było na rzeczy. Zignorowałyśmy to i zapłaciłyśmy wysoką ceną. Mimo to, chciałabym aby morał z tej historii był jeden. Ludzie w większości sa dobrzy – zobaczcie ile obcych osób rzuciło się nam na pomoc, to piękne i budujące.

Nie rezygnujcie z podróży autostopem, ale pamiętajcie o tym, by zawsze, ale to zawsze, ufać swojej intuicji!

 

  • Dariusz Figura

    Przygoda mega nieciekawa..mi na szczęście nigdy się taka nie trafiła, ale parę razy zdarzyło mi się, że nie wsiadłem bo czułem, że to nie powinienem wsiadać. Dobrze, że skończyło się tylko na strachu 🙂