Azja / Bliski Wschód / Iran

Kashan. Ali i spółka.

Teheran to miasto gladiator. Tyle wstrząsów, a nic go nie ruszy. Delikatny Shiraz to miasto poetów. Słodki Yazd kryje w sobie baśnie tysiąca i jednej nocy. Isfahan… no coż, ten jest jak wiadomo najpiękniejszy (czytaliście TEN post?). Piękne meczety, zabytkowe bazary i wspaniali ludzie mogą być wizytówką każdego z nich. Jest jednak jedno małe miasto, które wyróżnia się na tle innych słynie bowiem z… domów. Nie są to jednak zwyczajne domy, ale prawdziwe miejskie pałace kupieckiej arystokracji. 

Kashan zaskoczył nas deszczem i znacznym spadkiem temperatury. Po założeniu na siebie grubej warstwy ubrań wychodzimy na spacer po mieście. Labirynty wąskich i do złudzenia podobnych do siebie uliczek bazaru prowadzą nas do restauracji znajdującej się w dawnej łaźni – hammamie. Zamawiamy dizi i kashk-e-bademjan a do popicia oczywiście doogh. Prawdziwa rozkosz w gębie! Teraz jesteśmy gotowi na zwiedzanie.

W Kashanie krzyżowały się kiedyś ważne szlaki handlowe, a kupcy zbijali fortuny na wymianie towarów. Nie dziwne zatem, że to właśnie tutaj zbudowano w XIX w. jedne z najbardziej okazałych rezydencji miejskich. Żeby je zwiedzić kupujemy łączony bilet który pozwoli nam na wejście do 3. Trochę przyskąpiliśmy (cash się powoli kończył), dało nam to jednak wystarczające wyobrażenie o pięknie i stylu tych budowli.

Następnego dni zgarniamy Polaka poznanego w naszym hostelu i razem wybieramy się do polecanej przez wszystkich wioski Abbyaneh. Jej główną atrakcją są przepiękne czerwone domy, którym jeszcze większego uroku dodają drewniane okienka i małe, czasem misternie rzeźbione balkony. Wioska ma ponad 1500 lat, a jej mieszkańcy, głównie starsi ludzie, żyją tu swoim tempem i zgodnie ze swoimi tradycjami. Brzmi cudownie? Szkoda tylko, że na zewnątrz leje jak z cebra.

Ze zwiedzania nici a najlepszym momentem tego dnia pozostaje przejazd taksówką z szalonym kierowcą (mamy do nich wyjątkowe szczęście) który, nie bacząc na pogodę jak pod psem, zatrzymuje się i robi PIKNIK na środku drogi. A naokoło pizdzi tak, że odpadają nam ręce. Perskie to jak do bólu. I za to właśnie kocham ten kraj!

Abyaneh

Na pustyni Lut poznaliśmy inną podróżująca parę i od opowieści do opowieści zaszczepili we mnie magiczną wizję romantycznego noclegu w wieży starego karawanseraiu gdzieś na irańskim pustkowiu. Ja jestem bardzo podatna na takie sugestie. 🙂 Wyłudziliśmy więc od nich namiary na Aliego – właściciela tego miejsca i właśnie siedzimy w jego jeepie zmierzając w nieznane. Ali, nauczyciel angielskiego, kupił stary karawanseraiu z zamiarem odrestauraowania i zamienienia go w hotel. Póki co roboty trwają, a co za tym idzie, jesteśmy jedynymi gośćmi. Czujemy się jak bohaterzy Gry o Tron! Po południu Aliego odwiedzają koledzy – lokalny doktor i jego przyjaciel.

-Na pustyni byliście? – pytają.

-Byliśmy. W Bamie.

-Pustynia Lut to nie to samo co nasza, kashańska. Jedziemy!

Po czym zabierają nas na prawdziwy offroad bez trzymanki po pięknej pustyni Maranjab.

Po tej „przejażdżce” mamy już pewność co do jednego. Lekarz jest szaleńcem. Widząc nasze zielone twarze zatrzmuje samochód i na bosaka karze zasuwać po wydmach albo… na wariata koziołkować z ich szczytów!

Robimy sobie sesję zdjęciową  a la okładka albumu z lat 80 (jedno z moich ulubionych zdjęć z podróży zobaczyć je możecie poniżej) po czym napotykamy… stado dzikich wielbłądów. Takie rzeczy tylko w Iranie.

Wieczorem przychodzi rodzina Aliego i razem jemy bób. Do tej pory w każdym irańskim domu gospodarze byli na tyle wyluzowani, że wręcz namawiali mnie do zdjęcia hidżabu. U Aliego coś nie gra. Kobiety przyglądają mi się by w końcu zasugerować, żebym założyła szal bo… przecież zimno jest, przeziębie się. Delikatna sugestia sprawiła, że poczułam się dość nieswojo. W rozmowie zdaliśmy sobie jednak sprawę, że są oni bardzo religijni, mężczyźni mieli za sobą po dwie pielgrzymki do Mekki. Niemniej jednak rozmawiało się wybornie, pomimo tego, że większość pytań skierowanych była do Mario… Na kolację Ali przygotowuje nam gulasz z wielbłąda z domowych chlebem. Późną nocą, otuleni kocami, wychodzimy jeszcze na szczyt naszej wieży podziwiać niebo usiane tysiącem gwiazd. Jutro wracamy do Teheranu by wyruszyć w ostatni etap naszej podróży po Iranie. Dziewicza dolina Alamut czeka a w niej przygoda mrożąca krew w żyłach. Następny post już wkrótce!