Azja / Bliski Wschód / Iran

Kaluty czyli marsjanie w Iranie!

Z cyklu: Odwieczny dylemat niedzielnego podróżnika.

Jak zmieścić ponad 1.6 mln km2 (powierzchnia Iranu) w napięty jak gumka w przyciasnych gaciach Janusza podróży, plan zwiedzania?

My mieliśmy prawie 3 tygodnie. Już widzę jak niektórzy prychają z pogardą – 3 tygodnie i jeszcze narzeka! Ale ja lubię się DELEKTOWAĆ podróżą. A na to trzeba czasu. Ale do rzeczy. Rzuciliśmy się na pustynię Lut jak szczerbaty na suchary – w pośpiechu i trochę po łebkach (o tym zadecydowały akurat kwestie finansowe). Misja zwieńczona sukcesem, Kaluty zaliczone. Niekoniecznie w wielkim stylu ale noc w rozklekotanym autobusie to minimum niewygód jakie można znieść (no i w podróży te niewygody jakby takie mniej niewygodne, prawda?), żeby zobaczyć ten niezwykły cud natury.

Nawet największy flegmatyk na widok Kalutów dostałby tachykardii. Powiedzieć o tym miejscu, że jest ładne to jak nazwać Londyn wioską. Ładny to jest pałac w Wilanowie. Drogi czytelniku daje Ci pełne prawo krzyczeć, drzeć się, wyć lub zamilknąć. Twarzą w twarz z Kalutami na pewno nie pozostaniesz obojętnym.

A co to są te Kaluty? Z czym to się je? W skrócie powiem tak – to najpiękniejsza pustynia na jakiej byłam! A fanem pustyń nie jestem, więc musicie mi uwierzyć na słowo. Taki benefit of the doubt po angielsku, który to ostatnio ostro studiuję i w krótce Wam zdradzę dlaczego. 🙂

Sytuacja prezentuje się następująco – w Kermanie pojawiły się zombiaki. Po 8 godzinach w busie wypełzamy zmierzyć się z rzeczywistością. Z przewodnikiem umówieni jesteśmy dopiero po południu nie pozostaje zatem nic innego jak ruszyć w miasto. Wpadamy do jednej z knajp na kozackie śniadanie i… zasypiamy na fotelach!!!!

My śpimy a Wy rzućcie okiem na foty z Kermanu – miasto dopiero budziło się do życia.

Po południu, spod bazaru zgarnia nas Mansour – nasz przewodnik.

Dawno już podczas moich podróży nie spotkałam kogoś tak zajebistego. Ogromna wiedza, dowcip, inteligencja. Od razu zaiskrzyło między nami. Taka irańska miłość od pierwszego wejrzenia. Nasz trójką wzajemnej adoracji.

Mansour podchwycił ideę miesiąc miodowego w Iranie musieliśmy zatem dzielnie spełniać jego fotograficzne fantazje, przybierając iście dzikie momentami pozy. Dziwne? No trochę jakby… jeden z efektów znajdziecie poniżej z tym, że wtedy to ja dobrałam się do aparatu (rodzice mówili, że do głupot zawsze byłam pierwsza!).

Mansour opowiedział nam o historii pustyni Lut, jej powstaniu i jak wspaniałe skarby kryją jej piaski. Byliśmy nad słoną rzeką, biegaliśmy po wydmach, zrobiliśmy milion zdjęć aż w końcu Mansour postawił ultimatum – no dobra, żarty się skończyły, chcecie iść dalej? Ściągajcie buty!

Że co proszę?

Byliście kiedyś na bosym trekkingu? Nie? To niesamowite przeżycie, chociaż w pewnym momencie zastanawiałam się czy i kiedy moje stopy zaczną w końcu krwawić. Ale jak to się mówi poena transit gloria manet in aeternum – ból przemija, chwała trwa wiecznie.

Taki moment chwały przeżyłam kiedy to ze szczytu jednego ze wzniesień zobaczyłam rozpościerającą się przed nami panoramę pustyni Lut usianą dziwacznymi formami z piasku, kształtem przypominającymi fantazyjne zamki. Halo czy to Mars? Nie, to Kaluty! Kto by pomyślał, że z romansu gorącego wiatru z pustynnym piaskiem mogą powstać takie cuda natury!

Dookoła nie było nikogo. Po serii wygłupów Mansour zostawił nas samych, żebyśmy mogli nacieszyć się tą chwilą. To jak mieć cały świat u stóp. Coś niesmowitego.

Powoli schodzimy do samochodu, gdzie czeka już na nas rozłożony na piasku SOFRAH. Taki koc z plastiku ma w domu każdy szanujący się Pers. Piknik jest tu stylem życia! Delektujemy się gorącą herbatą i ciastkami a gdy zapada noc udajemy się do naszej oazy.

Nazajutrz zwiedzamy pobliską wioskę – nieczynny młyn, zbiornik wody i karavanserai. Włazimy pod ziemię do tunelów doprowadzających wodę, żeby od kuchni poznać, jak mieszkańcy pustynnych terenów radzą sobie w tych trudnych warunkach. Mansour jest mistrzem opowieści, wiezie go jego historia. Jesteśmy oczarowani. Tak bardzo chcemy spędzić z nim jeszcze jeden dzień. Niestety. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. I nie to, żebyśmy jakoś specjalnie żyłowali, ale w Iranie nie da się wyciągnąć kasy z bankomatu. Gotówka, z którą wjechaliście do tego kraju, to wszystko co macie do końca wyjazdu. Mając w planach dość drogi trekking w dolinie Alamut, musimy się więc ograniczać.

Przed pożegnaniem wpadamy jeszcze na najlepszy kebab w mieście. Rozliczamy się i w tym momencie koleś mógłby rozpłynąć się jak kamfora, ale to przecież nie byle kto tylko Mansour!

Podpytuje o nasze plany na kolejne dni i kiedy mówimy mu, że chcemy zwiedzić kolejno miasta (czytaj utarty szlak Lonely Planet) on tylko kręci głową. Nie, nie, nie. Pojedziecie do Meymand, spodoba Wam się – mówi. Po czym wsadza nas do autobusu jadącego do Shahr-e-babak i już go nie ma. Nie było nawet kiedy zaprotestować. Jesteśmy w szoku, że wszystko zadziało się tak szybko.

Przed nami kawał drogi, ale cóż, raz się żyje. Jeszcze wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy, że przed nami nasza najlepsza noc w Iranie!

Po jakichś 20 minutach w autobusie podchodzi do mnie kierowca i uroczyście wręcza mi jakiś pakiecik. Rozpakowuję go. To gipsowy obrazek przedstawiający Bam – rodzinne miasto Mansoura. Na odwrocie znajduję wiadomość: „Pomyślcie o mnie patrząc na ten obrazek – Wasz uśmiech doda mi sił!”.

Jak i kiedy Mansour ogarnął tą akcję? Nie wiemy. To nasz 4 bodajże dzień w Iranie. Jeśli do tej pory mieliście wątpliwości czy warto odwiedzić ten kraj to bukujcie bilety bo w kolejnych postach będzie jeszcze ciekawiej. Jak jest? No sami widzicie, że zajebiście! 🙂

Gwoli wyjaśnienia. Ten post nie jest sponsorowany.

Jeśli już tęsknicie za Mansourem, dobra wiadomość jest taka, że pojawi się on jeszcze na blogu. Tymczasem dla tych co planują wypad na pustynię Lut i nie wiedzą jak to ugryźć podrzucam Wam link do jego profilu na fejsie tutaj.