Azja / Birma

Kalaw-Inle. Birmański „spacerownik”.

Trasa z Kalaw do Inle jest jak kobieta lekkich obyczajów, zaliczyli ją już chyba wszyscy turyści. Ten trekking to prawdziwa ulga dla pośladków uciśnionych przez okrutnie długie podróże nocnymi autobusami, chwilowe wytchnienie od nieznośnych upałów a także super widoki, zajebiste żarcie, mnóstwo śmiechu i wspaniała okazja do poznania fajnych ludzi (kolejność wyliczanki przypadkowa). No i nie trzeba być w super kondycji bo bliżej mu do spaceru niż morderczej wędrówki. Żeby nie było do końca tak sztampowo, wybierzcie się w tą podróż gdzieś między porą suchą i deszczową. Czemu? Bo kiedy zanosi się na monsunowy deszcz możesz być pewny, że będzie się działo.

Tym razem nie chcemy podróżować nocą, wybieramy zatem poranną marszrutkę z Bagan do Kalaw. Podobno ma być szybciej. Podobno w 6 godzin będziemy na miejscu.

Po 5 godzinach zatrzymujemy się w jakiejś przydrożnej spelunie na obiad. Nasz kierowca mówi nam, że drogi zalało także musimy jechać objazdem. Cały dzień zmarnowany.

Po 8 godzinach dojeżdzamy na miejsce, ale zamiast zmielenia odczuwam nagły przypływ sił witalnych. I od razu jestem kupiona. Bynajmniej nie chodzi tu o to, że miasteczko powala na kolana (chociaż jak na liczbę turystów, która tu przyjeżdża, jest jeszcze stosunkowo mało zkomercjalizowane). O nie moi mili, chodzi tu o rzecz tak prozaiczną jak pogoda. W Kalaw jest chłodno. Jezu, jak cudownie. Koniec ze spoconymi pachami i mokrym wąsem.

Najpierw tak zwana brudna robota – trzeba ogarnąć nocleg i trekking a potem fajrant i można swobodnie oddać się inhalacji rześkiego górskiego powietrza. Idziemy ulicą, widzimy pierwszą lepszą budę z napisem Kalaw-Inle trek i po 10 minutach mamy już i wycieczkę i nocleg. Tak się robi byznes w Azji. No dobra ściemniłam. Buda należała do firmy A1 a ta nazwa obiła nam się już o uszy, więc to nie do końca tak, że kupiliśmy przysłowiowego kota w worku. 3 dniowy trekking kosztował około 50 dolców (można znaleźć tańsze) i była to w naszym odczuciu uczciwa cena.

Formalności załatwione, zostawiamy graty w pokoju. Czas na rozpoznanie terenu. Kalaw to malutkie miasteczko, ale w okolicy jest sporo fajnych tras, więc jeśli będziecie mieć czas zostańcie tu na 2 dni. Nam starczyło go tyle co na przejście parę razy dookoła, kolację w nepalskiej restauracji (szama SZTOS!) w której przypadkowo wpadliśmy na londyńskiego hipisa z naszego busika i piwko w lokalnym barze.

Senny trochę Kalaw ze wspaniałą błyszcząca stupą w samym centrum miasteczka.
Targowisko w Kalaw zwiedziliśmy w poszukiwaniu przeciwdeszczowego poncho dla Mario.

Następnego dnia rano poznajemy współtowarzyszy naszej niedoli w liczbie 4 sztuki. Ale jakie sztuki! Airi i David to para katalończyków, którzy rzucili robote i postanowili spędzić pół roku w podróży (jak słyszę takie historię to jednak zazdość bierze patrząc na te nasze liche 2 tygodnie wakacji). Sarah i Tomas to dwójka lekarzy z Niemiec – jesteśmy więc oficjalnie zabezpieczni na wypadek oślepnięcia od nadmiaru pięknych widoków lub nagłego ataku hemoroidów bo ich specjalizacje to okulista i proktolog. Naszym przewodnikiem jest młody chłopak z Kalaw – Sitthu. Towarzystwo okazało się doborowe! Szybko złapaliśmy kontakt i przez cały trekking czuliśmy się tak, jakbyśmy znali się już od dawna.

W Birmie byliśmy w drugiej połowie października więc teoretycznie powinno już być sucho, jednak w tym roku mieliśmy wyjątkowego pecha. Nocami lało jak z cebra. Z drzew spadał więc deszcz pijawek (!?!!) a ścieżki… scieżki zniknęły pod masą spływającego błota. Suchą nogą przejść się nie dało. Ja całą trasę zrobiłam na wariata w sandałach (tak to jest jak się podróżuje tylko z bagażem podręcznym i na buty nie starcza już miejsca) ale i tak nie udało mi się przebić kolegi Dawida, który w pewnym momencie zaczął krwawić ze stóp niczym Jezus zdjęty z krzyża i od połowy drogi poginał w japonkach. I też przeżył.

Lało często i mocno, ale jak nie lało – no właśnie sami widzicie jak piękna jest Birma deszczową porą!

Jedną z największych atrakcji tego trekkingu jest możliwość nocowania w domach u lokalsów. Warunki czasami spartańskie, niejednego Angolosaksona przyprawić mogłyby o zawał serca (mam tu na myśli szczególnie wychodek na świeżym powietrzu i kubeł z wodą deszczową jako prysznic). Ja lubię takie miejsca.

Nie przeszkadza mi fakt, że nie mogę się wykąpać. 5 dni w kolei transsyberyjskiej każdego nauczy bycia za pan brat z własnym brudem.

Pyszna kolacja za nami i kiedy w końcu pora kłaść się spać zauważamy na ścianie PAJĄKA WIELKOŚCI DŁONI. Wpadamy w pisk – wszyscy razem, nawet chłopaki byli w szoku. Stoimy tak z otwartymi gębami i zstanawiamy się co robić. Wołamy Sitthu, który wielce rozbawiony całą sytuacją („przyjechały białasy i boją się pajączka„) mówi nam, że ten pająk chce się z nami tylko zaprzyjaźnić. Ja dziękuje za takie przyjaźnie. Błagamy Sitthu, żeby coś z nim zrobił. Ten bierze więc wielką miotłę na długim kiju i próbuje go zabić. Pająk się nie daje i zaczyna spieprzać. Tracimy go z oczu ale już wtedy jestem pewna, że skubaniec zemści się jak tylko zgaśnie światło.

Noc. Budzę się po kilku godzinach. Ciśnie mnie pechęrz. Szlag by trafił te cholerne browary. Gdzie jest latarka? Mam. Ciach szybki rzut światła na ścianę, którą wcześniej okupował pająk. Czysto. Wyślizguje się na zewnątrz i idę do wychodka. Ciemno. Jezu dobrze że mam tą latarkę. W pewnym momencie coś do mnie biegnie. Dobra, to tylko pies. Dochodzę do latryny – jak na złość nocą pajęczyny na suficie bynajmniej nie są puste. Nie ma bata żebym tam wlazła, podlewam zatem okoliczną kempę (nie Beatę! trawy, ludzie, trawy!!) i szybko zawijam się z poworotem do domu.

Prysznic w hotelu pod milionem gwiazd.
Najpiękniejsze zachody słońca trafiły się nam właśnie podczas tego trekkingu.
Poranki również nie zawiodły! 

Następny dzień to niezła bonanza. Błoto leży wszędzie, więc nasz spacer zamienia się w połączenie kardio i jogi. Trzeba się nagimnastykować, żeby przejść suchą nogą. Kiedy dochodzimy do drugiej wioski zaczyna znowu lać. Prysznic bierzemy zatem organiczny. Potem kolacja i Sitthu przynosi na stół umazany węglem czajnik. No to teraz będziemy się bawić po birmańsku.

Gramy w grę w której przegrani zostają wysmarowani węglem. Nie muszę chyba mówić, że na koniec wszyscy jesteśmy murzynami. 🙂

Sitthu żegna się z nami i idzie spędzić resztę wieczoru z rodziną u której się zatrzymaliśmy. Po chwili słyszymy dźwięki gitary i śpiew. Jeśli wyobrażacie sobie, że ten trekking będzię świetną okazją, żeby „zakumplować się” z lokalsami to zapomnijce. Będą mili, będą się uśmiechali ale to w zasadzie tyle. Interakcji między nami było więc tyle co kot napłakał, ale tak jak wspominałam Wam wyżej nasi współtowarzysze okazali się super więc jeszcze długo po zmroku co noc wymienialiśmy się opowieściami z naszego życia.

Trzeciego dnia, według planu, doczłapaliśmy się nad Inle, ale to już zupełnie inna historia. Czy warto było robić ten trekking? Myślę, że tak mimo tego, że jest to dość mocno turystyczna atrakcja (po drodze spotkaliśmy kilka grup). Widoki choć nie są jakieś spektakularne to przyjemnie odpocząć od wielkich miast i miliona pięknych świątyń (które podobno też mogą się znudzić). Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy na temat życia na birmańskiej wsi i uwaga nie jest ono znowu tak różne od tego na naszej polskiej. Sarah i Thomas opuścili nas już bojak na Niemców przystało zatrzymali się w pięknym resorcie na jeziorze, natomiast my wraz z Davidem i Airi pojechaliśmy do miasteczka Nyaungshwe w którym widzimy się w następnym poście. Do zobaczenia.

Widoki na trasie – gdzie ten deszcz się spytacie? Był, był. I to taki, że aparaty trzeba było schować głęboko na dno plecaka – musicie mi więc wierzyć na słowo.
Tanaka, tanaka – czy słońce, czy deszcz!
Tory są, ale pociągów nikt już dawno nie widział zatem zrobimy tędy trasę dla turystów!
Okoliczne wioski – cisza i spokój.
W jednej z wiosek zatrzymaliśmy się na tak zwaną sponsorowaną wizytę – muszę tu wspomnieć że mimo tego, że jest to okropny proceder w Birmie przebiegał jakoś lepiej niż np. w Wietnamie. Mniej było nachalności, więc skusiłam się i kupiłam u tej pani wełniany szalik.
W pewnym momencie trasa wiodła przez tunel z drzew i krzaków.
Garkuchnia w jednym z lokalnych domów w którym jedliśmy obiad – a żarcie było rewelacyjne!
Są Hiszpanie – to musi być i sjesta! Ale zasłużona!
Jeszcze trochę zieleni – w porze suchej ten krajobraz przybiera brunatną barwę.
Te dzieciaki skradły moje serce same dopraszając się o fotkę!
Tak zwana cisza przed burzą – a potem jak lunęło!
Kobiety pracujące na polu jak tylko zobaczyły aparaty fotograficzne zawstydzone chowały głowy w trawę.
Lokalne chłopaki naparzają w zośkę!
Chcesz być jak lokals? Żuj betel i uśmiechaj się na czerwono! Mario podjął wyzwanie (podobno smak dupy nie urywa) ale ja stchórzyłam i potem był żal. Następnym razem betel będzie mój!