Azja / Birma

Jezioro Inle. Rybaki – cwaniaki.

Techniki audio-wizualne to przyszłość. Obrazy silniej oddziaływują na wyobraźnię niż pismo. Mniej wymagają. Nie trzeba wysilać szarych komórek na analizowanie skomplikowanych połączeń głosek. Widzisz i wiesz. Trudniej o nich zapomnieć. Atakują szybko i bezwględnie. A w dzisiejszym świecie jak wiadomo, kto pierwszy, ten lepszy. Mówi się, że jedno zdjęcie warte jest więcej niż tysiąc słów. Ale czy na pewno?

Od kiedy na okładce Lonely Planet pojawiło się zdjęcie tajemniczego poławiacza z jeziora Inle – miejsce to zamieniło się w jedną z największych atrakcji turystycznych Birmy. I ja dałam uwieść się temu pięknemu, onirycznemu portretowi rybaka w tradycyjnym kostiumie łowiącego ryby przy pomocy wielkiego wiklinowego kosza. Ten obrazek wydawał mi się wtedy tak niesłychanie romantyczny, że po cichu marzyłam o zobaczeniu tego spektaklu na żywo. To zdjęcie mnie kupiło. Czekałam na Inle.

I jakież było moje rozczarowanie, kiedy w końcu dotarliśmy nad jezioro po 3-dniowym trekkingu z Kalaw i okazało się, że owi wymuskani, romantyczni rybacy-cwaniacy to największa turystyczna pułapka Birmy!

I pewnie niesmak z tego pierwszego spotkania z Inle by pozostał, gdyby nie to, że mieliśmy szczęście trafić na fajnego chłopaka, dzięki któremu znaleźliśmy prawdziwych rybaków i to właśnie oni oraz niesamowity kunszt ich pracy, sprawili, że jezioro Inle już zawsze będzie dla nas miejscem wyjątkowym. Mario zrobił parę nieziemsko dobrych fot które, tym razem nie bez kozery uważam za warte więcej niż tysiąc słów. Zobaczcie z resztą sami!

Takiego rybaka chce zobaczyć każdy przyjeżdżający nad jezioro Inle. Niestety nie wszystko zloto co się świeci…

Jak pamiętacie z poprzedniego posta, sympatyczna para Niemców została w hotelu na wodzie a my z Davidem i Airi udaliśmy się do Nyaungshwe. Choć miasteczko powoli zaczyna zamieniać się w typową turystyczną bazą a po ulicach szwęda się więcej zblazowanych backpackersów niż birmańczyków to jest tu co robić, a przede wszystkim co jeść. I to jeść dobrze, bo lokalne knajpki oferują naprawdę pyszną szamę (chciałam napisać, że była najlepsza jaką jedliśmy w Birmie, ale chyba już to mówiłam, przy okazji postu o Baganie :p). Wybór atrakcji jest zatem dużo lepszy niż gdybyście zostali zamknięci w romantycznym, aczkolwiek nudnym jak flaki z olejem pływającym resorcie. Niczym para rasowych stalkerów zatrzymaliśmy się w tym samym hotelu co Katalończycy. Znowu padło na Ostello Bello, ale po trekkingu byliśmy nieźle zmęczeni i marzyliśmy tylko o porządnym prysznicu i to w trybie natychmiastowym. Reszta dnia upłynęła nam na leniuchowaniu i regeneracji sił.

Droga do Nyaungshwe przypomniała mi trochę obrazki jakie widziałam już wcześniej na innym pięknym jeziorze – peruwiańskim Titicaca.
Sałatka z liści herbaty i kiełków – nasze najpyszniejsze wspomnienie z Birmy!

Kto rano wstaje, temu pan Bóg daje! A że w Baganie poskąpił nam on pięknych wschodów słońca zwlekamy się z wygodnych hostelowych prycz o 4:30 i czekamy na naszego sternika. Sami. Pozostali chyba zwątpili. Godzina 5, cicho, ciemno. Chłopak przychodzi spóźniony. Wsiadamy w rozklekotana łódkę i w akompaniamencie warkotu silnika płyniemy na środek jeziora.

W oddali dostrzegam pierwszego rybaka jak przygotowuje swój wiklinowy kosz i sieci. Z ust wydziera mi się ciche ooo… ale ku mojemu zdziwieniu, naszem sternikowi nie w głowie zatrzymywanie się, nabiera tylko rozpędu i zostawiamy magicznego rybaka w oddali. Odwracam się z pytającym wyrazem twarzy na co młody chłopak tylko szczery w uśmiechu niekompletny zestaw zębów i łamaną angielszczyzną odpowiada – ACTOR FISHERMAN. I SHOW REAL LIFE, REAL FISHERMAN.

Oszukali mnie!!

I tutaj właśnie pies pogrzebany. W Internecie panuje jakaś dziwna zmowa milczenia – czemu nikt wcześniej nie powiedział otwarcie, że ci rybacy to jedna wielka podpucha? Ba, to nie są nawet prawdziwy rybacy tylko aktorzy, którzy za pieniądze wyginają się na tych łódkach jak dzikie węże. Takie cwaniaki! (Ale też ciekawosta – w Birmie jest to popularne tło dla ślubnych sesji zdjęciowych.) Rybak-cwaniak nie płacze długo nad tym, że nie zatrzymaliśmy się obok niego, chwilę później ma już pełne ręce (i nogi!) roboty. Podpływa ku niemu łódka wypełniona turystami i znowu trzeba się gimnastykować. Będa napiwki, reszte dorzuci rząd, który wyczuł w tym złoty interes.

Nasz sternik zabiera nas hen daleko na sam środek jeziora i zatrzymujemy się przy przy jednym z prawdziwych rybaków.

Ubrany w niedopasowany dres i czapkę chłopak, bynajmniej nie wygląda jak wycięty z żurnala, ale gdy tylko jego dumny wzrok pada prosto w soczewkę aparatu, wydaje się jakby przewiercał ją na wylot.

Spokojnie wyjmuje z jeziora sieci, wysypłując złapane w nie nocą ryby a my siedzimy w naszej łódce jak zaczarowani wpatrując się w zręczne ruchy jego stopy operującej wiosłem. Odpływamy poruszeni, z poczuciem tego, że właśnie wydarzyło się z coś niesamowitego!

Prawdziwy rybak z jeziora Inle.
Na jeziorze udało nam się zrobić najlepsze zdjęcia z całego wyjazdu. 
Dla tej chwili kiedy mogliśmy obserwować jego pracę warto było zerwać się z łóżka przed świtem.

Zostawiając w tyle rybaka udajemy się do jednej z wiosek na jeziorze. Pływamy po kanałach ciągnących się miedzy niekończącymi się połaciami tataraków, oglądamy ogrody, domy, uśmiechamy się do machających do nas ludzi. Do hostelu wracamy w sam raz na śniadanie. W lobby spotykamy Davida i Airi, którzy wypytują nas jak było. Oboje zdecydowali, że nie chce im się wstawać rano, bo ktoś im mówił, że te wschody słońca na jeziorze to turystyczna pułapka. Pułapka, pułapką, ale…

Dla mnie cała Birma zaklęta jest dziś tym w jednym spojrzeniu rybaka z jeziora Inle. 

Swoją drogą przebierańcy z jeziora byli kiedyś prawdziwymi rybakami, skuszeni jednak wizją,  łatwego zarobku przeszli na tak zwaną „zlą stronę mocy”. W końcu co to za frajda pracować jak wół jeśli Twój kumpel powygina się przez 10 minut i zarobi więcej pieniędzy niż Ty w cały dzień? Macki masowej turystyki dosięgły już Birmy i z roku na rok są coraz bardziej zachłanne. Za ile lat jezioro Inle zmieni się w żywy skansen?

Więcej o tym co robiliśmy nad Inle w następnym poście. Będą rowerowe fiaska, świątynie (no bo jak!) i historia o tym jak wkręciliśmy się na lokalny festyn. Bo Inle to dużo więcej niż woda!

Wschód Słońca w jednej z wiosek na jeziorze Inle.
Te pływające wioski nie są jeszcze turystyczne, nie można zatrzymać się tu u tubylców ale myślę, że wkrótce czeka je niewesoły los swoich nadbrzeżnych kuzynów – pełna komercjalizacja. 
Na jeziorze życie płynie leniwie – mieliśmy okazję odwiedzić jeden z domów – nie ma w nich mebli, tylko trochę poduszek do siedzenia i sprzętów.
Ten poranek na długo pozostanie w mojej pamięci. Jezioro Inle jest fantastyczne!