Azja / Bliski Wschód / Iran

Jazd. Stymulacja kompleksowa.

Irański Jazd zawrócił nam w głowach. Wpadliśmy jak śliwki w kompot i w tym kompocie plumkaliśmy sobie radośnie przez dobrych kilka dni. Rozumiem jednak, że opcja nic nieróbstwa nie jest dla wszystkich a statystyczny turysta nastawiony jest na nieustanną stymulację. Zaprawdę powiadam Wam – nie będzie on zawiedziony.

Turystycznych bodźców potęgujących podróżnicze doznania jest w Jazdzie i jego okolicach bowiem niemało. Opuszczone ruiny, wyprawy tropem zaratusztrianizmu, niezwykła architektura i śladowe ilości turystów chwycą za serce nawet najbardziej wymagających globtroterów.

Planu na zwiedzania okolicznych atrakcji nie mieliśmy, jak w przypadku większości naszych podróży, napisał się sam. 🙂

W Cafe de Paris – francuskiej knajpce przy meczecie Masjid-e-Jame dosiada się do nas francuzka Sophie. Dzielimy się zachywtami nad Jazdem i od słowa do słowa, staje na tym, że następnego dnia Sophie dołącza do naszej jakże „oryginalnej” wycieczki po okolicznych atrakcjach. Piszę to z przekąsem, bo plan wycieczki jest dla wszystkich turistas taki sam kwestią podlegająca negocjacji jest tylko jego cena. My zapłaciliśmy jakieś 8 dolców od osoby. Można taniej, ale warto, żeby organizator kumał czaczę po angielsku powiedział coś więcej niż kilka słów, które na dobrą sprawę sami możecie sobie przeczytać w przewodniku.

Masoud, nasz przewodnik, zabiera nas do Kharanaq. Miasta duchów. Młode te duchy, bo miasto na dobre opustoszało niecałe 100 lat temu. Przed czym uciekli jego mieszkańcy? Jedna z teorii mówi, że przyczyną był atak suszy. Iran jest krajem pustynnym, woda doprowadzana jest do osad i miast za pomocą skomplikowanego systemu wodociągów – kanatów. Pozostałości glinianych domów dosłownie rozsypują się nam na oczach. Jeden nieostrożny ruch i możecie zostać pogrzebani żywcem!! (no dobra, przesadziłam, ale dobre buty trekkingowe to podstawa). Dzięki niezwykłym opowieściom naszego przewodnika o mieście, przez które kiedyś ciągnęły karawany ze Wschodu na Zachód, ruiny ożywają. Na codzień jednak wygląda na to, że nikt się nimi nie interesuje – ciekawe czy za kilka lat będzie tu jeszcze co oglądać.

Kharanaq – miasto duchów.
W ruinach miasta warto być ostrożnym, zwłaszcza że często wokół nie ma żywej duszy.

Z Kharanaq jedziemy do świątyni Czak-Czak. Droga wiedzie przez przecudowne pustynne krajobrazy. Czak- Czak to jedno z najważniejszych miejsc dla wyznawców Zaratusztrianizmu, religii która przed Islamem była w Persji religią państwową. Zostawiamy samochód na parkingu i stromymi schodami wspinamy się do świątyni. Czak-Czak wiąże się z legendą o Sassańskiej księżniczce, która w uciekając przed Arabami zamieniła się w skałę z której teraz kapie woda – jej łzy. Przed wejściem wymieniamy nasze buty na okropne plastikowe klapki. Idealne do brodzenia w wodzie, która spływając ze ścian zalewa całą marmurową podłogę.

Piękna brama prowadząca do zaratusztriańskiej świątyni ognia.
W centralnym punkcie świątyni pali się stale podtrzymywany święty ogień, który gwarantuje trwanie mocy Ahury Mazdy (Pana Mądrości) na ziemi.
Rozniecanie ognia w zaratusztriańskiej świątyni. Woda i ogień to dwa najważniejsze dla tej religii żywioły. 

Po wyjściu ze świątyni spotykamy irańską rodzinę, która właśni postanowiła zrobić sobie piknik. Zgarniają nas jakbyśmy znali się całe życie. Fotografiom, śmiechom i wymianie kont na insta nie ma końca. Ci Irańczycy są Zaratusztrianami. Chociaż mają oni status mniejszości to w praktyce są jednak bardzo często dyskryminowani.

Rozmawiamy o religii, temacie numer 1 w Iranie. Pytają nas o naszą. Mówię im, że jestem katoliczką a mąż… on ateista.  Nagle w moją stronę zwraca się kilkanaście par oczu w których widzę niezrozumienie połączone ze strachem i niedowierzaniem. Ale jak to tak? – pytają Mario. To Ty w NIC NIE WIERZYSZ? Przestrzegam Was przed tego typu niefrasobliwością. W Iranie wierzyć trzeba, a sami Irańczycy swoje wyzwanie mają wpisane w dowody osobiste. Bycie ateista nie jest tutaj opcją! Od tego momentu lecimy zatem z oficjalną wersją bogobojnych katolików.

Piknik z irańską rodziną czyli to co w Persji najlepsze – ludzie!

Żegnamy się z sympatycznymi Irańczykami i jedziemy do Meybod. Najbardziej fascynującą budowlą w mieście jest wielki gliniany kopiec, który jak się okazuje służył za ogromną zamrażarkę. Tu zimą gromadzono lód, który następnie sprzedawany był okolicznym mieszkańcom w sezonie letnim. Obok niego jest też olbrzymi forteca ale upał daj się już tak we znaki, że rezygnujemy ze zwedzania. Odwiedzamy tylko gołębie wieże w których dawniej trzymano ptactwo do produkcji naturalnego nawozu. W końcu pustynne tereny Iranu do najżyźniejszych nie należą.

Wnętrze jednej z gołębich wież.

Popołudniu w hostelu dołącza do nas Azadeh i taksówką jedziemy do Wież Milczenia. Miejsca absolutnie niezwykłego, gdzie Zaratusztrianie składali swoich zmarłych.

Zaratusztrianie wierzą, że nie można zanieczyszczać gleby rozkładającymi się zwłokami, podobnie niedobre jest spalenie ciała, bo wydzielają się do atmosfery trujące ją składniki. Aż do 1960 wrzuciali ciała do olbrzymich dziur pozwalając rozszarpać je sępom. Ptaki te według wierzeń przenosiły duchy zmarłych do nieba. Szach zabraniając tej tradycji skazał tym samym populację sępów na zagładę.

W okolicach Jazdu są dwie takie wieże i najlepiej odwiedzić je wieczorem o zachodzie słońca kiedy to miejsce nabiera niezwykłych fioletowo szarych barw.

Wieża Milczenia i budynek w którym przygotowywano ciało do pochówku.
Na szczycie wież znajduje się otwór do którego, jeszcze blisko kilkadziesiąt lat temu wrzucane były ciała zmarłych.
Sępy czekające na zwłoki – ich populacja wyginęła po tych jak Szach zabronił Zaratusztrianom tradycyjnego pochówku.
Z Sophie i Azadeh.

Zaratusztrianizm jest religią niezwykła. Jeśli macie czas i pieniądze wynajmijcie przewodnika, który wprowadzi Was w tajniki jej obrzędów, zabierze do ostatnich w Iranie zaratusztriańskich wiosek gdzie przy odrobinie szczęścia zobaczycie obchody Chaharshanbe Soori – festiwalu ognia celebrowanego w ostatną wtorkową noc roku. To musi być niesamowite przeżycie i wspaniały preteskt żeby wrócić do Iranu. O ile oczywiście, komuś potrzebne są preteksty.

My tymczasem ciągle jeszcze duszą w Jazdzie ale ciałem już w autobusie do Isfahanu! Dozobaczenia w najpiękniejszym (?) mieście świata! 🙂