Azja / Bliski Wschód / Iran

Isfahan. Szach wśród miast.

Podobno to najpiękniejsze miasto na świecie. Dasz wiarę? Stojąc na środku Placu Imama mogę się pod tym podpisać, ale z drugiej strony pokażcie mi miasto w tym kraju, które nie jest wyjątkowe? O gustach ludzi się nie dyskutuje – jednym spodoba się tętniący życiem Teheran, drugim pełen poezji Hafeza Shiraz, jeszcze inni zakochają się w pustynnym Bamie. Jest jednak takie miejsce, którego mieszkańcy są tak dumni ze swojej małej ojczyzny, że są w stanie zaryzykować życiem swoim (i Waszym!) żeby dowieść swojej racji. Szach szachów wśród miast może być tylko jeden. A najpiękniejszym miastem Iranu jest oczywiście Isfahan!

– No i co? Podoba się Isfahan? A w Paryżu byłeś? Co ładniejsze? Paryż czy Rzym?

– Nie no… nie wygłupiaj sie stary czywiście, że Rzym! – mówi Mario. Nasz rozmówca nagle poważnieje i zaczyna przyglądać się nam tak jakoś spode łba.

– Widzisz! Obraziłeś go. I koniec.- mówię. – Teraz nas orżnie a może i zabije!

Próbując złagodzić napiętą sytuację Mario nerwowo rozgląda się dookoła. – A co to za książka? – pyta.

– Książka? To jest KORAN synu! – ożywia się mężczyzna przy czym zachęcony, otwiera świętą księge i karze Mario powtarzać za sobą wybrane wersety….

I byłoby to nawet dość zabawne gdyby nie to, że siedzimy razem w rozpędzonej taksówce której kierowca, zamiast patrzeć przed siebie, wertuje kolejne strony Koranu. Istnieje prawdopodobieństwo, że tego dnia zupełnie nieświadomie przeszliśmy na Islam. 

Na zwiedzanie Isfahanu mieliśmy półtora dnia. Żałuję, że tak mało. I to nie dlatego, że jest tam tyle do oglądania (a jest) ale dlatego, że w Isfahanie spotkało nas tyle dobrego ze strony mieszkających tu Irańczyków, że dług za otrzymaną dobroć będe pewnie spłacać do końca życia.

W Isfahanie nocujemy na couchsurfingu. Wiele dobrego słyszeliśmy o perskich hostach. Naszego w domu jednak nie ma. Na stole znajdujemy tylko kartkę, że wróci jutro a my mamy się czuć jak u siebie w domu! (Łatwo powiedzieć – to wielgachne mieszkanie niewiele ma wspólnego z naszym londyńskim pokojem!). Host zostawia nam namiary na parę okolicznych knajp i dzięki temu udaje nam się wszamać pyszny kebab za grosze.

Okolice placu Imama, meczety i bazar w Isfahanie to prawdziwy krem de la krem architektury. Można tu poczuć się jak w bajce! Kiedy tak chodzimy po mieście zostajemy nagle zaatakowani przez lokalną telewizję.

– Podoba się Isfahan? 

– Podoba, podoba. Iran is amazing! – wykrzykuję, co chwila „amazingując”.

– A co myśleliście o Iranie przed przyjazdem? Zachodnie media często mówią o nas w kontekście terroryzmu…

– Panie jaki terroryzm. Amazing mówię! Polecam wszystkim wakacje w Iranie!

Wybuchają salwy śmiechu a my na koniec dostajemy drobne upominki – różę i białego gołębia, bo dziś podobno urodziny Proroka.

Nowe gwiazdy perskiej telewizji!

Wieczorem czeka na nas lampka domowego wina w towarzystwie rodziny naszego hosta – Rezy. Nie skłamię, jeśli powiem, że tu właśnie zaczyna się prawdziwy Iran!

Następnego dnia rano z mocnym postanowieniem dotarcia do Kaszanu o przyzwoitej porze, wyruszamy łapać taksówkę. Ledwo co wychodzimyna ulicę zaczepia nas jakiś starszy pan. Okazuje się, że jego syn mieszka w Hiszpanii a pan jest zapalonym fanem siatki – o reprezentacji Polski wie więcej niż ja. Gestami, bo po angielsku zna zaledwie kilka słów, zaprasza nas do swojego domu. Iść czy nie iść? O to jest pytanie! Czego nauczyły mnie podróże po świecie? Gdy lokals zaprasza Cie do domu, nie można mu odmówić! Chwilę później lądujemy zatem na jego dywanie i popijając herbatę rozprawiamy w najlepsze z jego dwoma córkami. Czaicie to?

TEN PAN ZAPROSIŁ DO DOMU DWÓCH TURYSTÓW. NIEZNAJOMYCH. Z ULICY.

Niebywałe, poporstu niebywałe! Zostajemy z nimi do południa, trochę zawstydzeni tą dobrocią. Po wyjściu z ich domu dalej nie możemy uwierzyć w to co nas spotkało. Pora już obiadowa, przed złapaniem autobusu do Kaszanu postanawiamy jeszcze wpaść na ostatni falafel. Tymczasem w barze spotykamy kogo? Córkę starszego pana! Znowu! Na nic się zdają nasze protesty. Nie ma opcji, musimy wrócić z nią do domu. Poddajemy się. To jest przecież coś niesamowitego. Zjadamy razem chrupiące falafele, pijemy herbatę a dziewczyny nawet pytają się czy aby nie chcemy się przespać. Za ofertę dziękujemy i żegnamy się ze łzami w oczach.

Ten dzień mogliśmy spędzić zwiedzając Isfahan. Przepadło. Nie dam Wam więc żadnych porad gdzie zjeść, co zobaczyć, jak nie przepłacić. 

Dziś nie odpowiem Wam na pytanie czy Isfahan jest najpiękniejszym miastem świata. Tego nie wiem. Wiem jednak jedno. Na zawsze pozostanie dla mnie miastem wyjątkowych ludzi.

A co jeśli teraz powiem Wam, że to jeszcze nie koniec? Że jeszcze zaskoczę was opowieściami z Iranu? Ta studnia zdaje się nie mieć dna! Nie odchodźcie zatem zbyt daleko. No chyba, że po to, żeby kupić bilety do Iranu! 🙂