Azja / Bliski Wschód / Iran

Ale JAZDa!

Upał boleśnie daje się we znaki. Męczy ciało. Piasek smaga ogorzałą słońcem twarz. Oślepione bezlitosnym światłem oczy bezskutecznie szukają choć skrawka cienia. Irański Jazd jest piękny, ale jest to piękno trudne, surowe. Piękno pustynnego miasta, wyrosłego na niegościnnych piaskach. Piękno tętniącego życia w miejscu, w którym nie powinno być go wcale.

Jazd na pierwszy rzut oka może wydawać się byle jaki. Buro – brązowy. To miasto identycznych glinanych domów, ale wejdź tylko do jednego z nich, przez wspaniałe patio wąskimi schodami wdrap się na dach by na własne oczy zobaczyć jak błękit nieba zamienia brąz gliny w złoto a turkusowe kopuły meczetów urzekająco błyszczą w promieniach słońca. 

Lądujemy w hostelu o wdzięcznej nazwie Kaluts. Po fantastycznych dwóch dniach na pustyni Lut, tej nazwie wierzymy w ciemno. To tradycyjny perski dom, którego pokoje (bez okien) wychodzą na zielone patio z małym oczkiem wodnym. Fantastyczne miejsce. Popołudnie spędzamy odpoczywając na pięknych dywanach i popijając herbatę, a wieczorem, razem z właścicielami, w oparach fajki wodnej tańczymy do rytmów irańskiego popu.

Witajcie w Jazd!

Rano, po pysznym śniadaniu, ruszamy na główny plac miasta, żeby zobaczyć słynny Amir Chakhmaq Complex – meczet i centrum handlowe w jednym (żeby nie było, że ten Islam taki skostniały). Pod łukami jego arkad kupcy rozkładają swoje towary. Pełno tu również sklepików ze słodyczami. A jeśli macie smaka na coś większego to w głównym pasażu zjecie NAJLEPSZY KEBAB EVER!! Wieczorem zabiera nas tam poznana w hostelu Iranka – Azadeh i w dodatku upiera się, żeby za nas zapłacić. Musim się nieźle nakombinować, żeby odwieść ją od tego pomysłu. Bez szemrania dajemy się za to zaprosić do jej domu w Teheranie na kolację przed wylotem do domu.

Amir Chakhmaq Complex o zmroku wygląda najpiękniej.
W południe mieszkańcy Jazdu szukają wytchnienia we wnętrzach domów a uliczki starego miasta kompletnie pustoszeją.
Sklep z pamiątkami wewnątrz jednego z tradycyjnych perskich domów. Przepiękny!
Jazd tak nas oczarował, że zostaliśmy w nim całe 3 dni.

Obieramy azymut na  dwie wysokie iglice dumnie piętrzące się na horyzoncie. To 48-metrowe (najwyższe w Iranie) minarety pięknego meczetu Masjed-e Jameh. Jego wnętrza przyprawiąją o kolorowy zawrót głowy. Meczetów jest w Iranie dużo, tego jednak nie omijajcie. Jest bardzo piękny. Przy okazji udaje nam się ugrać niezły deal bo przed meczetem spotykamy lokalnego przewodnika i umawiamy się z nim na następny dzień. Za śmieszną cenę (8 dolców od osoby) obiecuje zabrać nas w kilka ciekawych miejsc w okolicach Jazdu.

Sami przyznacie, że minarety tego meczetu są imponujących rozmiarów!
Kolorowe mozaiki meczetu Masjed-e Jameh.

Zawsze chodzi za nami dobra kawa (pamiętacie że w Iranie wcale nie jest o nią tak łatwo – czasami filiżanka kosztuje tyle co kolacja…) wpadamy więc do Cafe de Paris – małej knajpki na ulicy prowadzącej do meczetu, będziemy tu częstymi gośćmi bo mają naprawdę pyszne kanapki! W południe szybko uciekamy zaszyć się w hostelu bo upał robi już się nie do zniesienia. Uliczki starego miasta szybko pustoszeją a ludzie szukają wytchnienia w domach, które dzięki badgirs – wiatrołapaczom, które są jednym z symboli tego pustynnego miasta, mają zapewnioną wspaniałą, naturalną klimatyzację.

Lokalny zakład metalurgiczny.
Ulice Jazdu – nad domami królują badgirs czyli irańskie klimatyzatory.

Wieczorem kupujemy wejściówki na niezwykłe widowisko – zurkaneh. Co to takiego? Obczajcie to. Na małą salkę, w podziemiach, gdzie znajduje się również wodny rezerwuar miasta, wychodzi 15 chłopa (od młodych po dziadków) i w rytmie muzyki na żywo i poezji śpiewanej wymachują a to łańcuchami, a to kijami by na sam koniec zadać szyku wykonując popisową serię obrotów.  Takiej równowagi nie powstydziłby się sam Barysznikow!

Zawodnicy rozgrzewają się przed występem.
Ograniczeń wiekowych, jak na załączonym zdjęciu widać nie ma. Natomiast zurkaneh to niestety wyłącznie męski sport (jak większość w Iranie).
Podczas występu w ruch idą różnego rodzaju rekwizyty – od ciężarów po łańcuchy z metalu. Niech się schowają tradycyjne siłownie!
Zawodnikom towarzyszy muzyka na żywo – wodzirej tego niezwykłego sportowego wydarzenia gra na bębnach recytując przy tym poezję.

Jazd to dla mnie miasto bajkowe. Żywcem wyjęte z baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Brakuje tylko Alladyna i jego latającego dywanu, ale przy odrobinie szczęścia, wierzę, że i jego możecie tu spotkać. Przez najbliższe 3 dni będziemy błądzić bez celu labiryntami krętych uliczek podziwiając architekturę, rozkoszując się pysznymi słodkościami oraz odkrywając miejsca związane z Zaratusztrianizmem.