Azja / Bliski Wschód / Iran

Alamut. Oko w oko z bestią!


Opuszczając wieś, kątem oka dostrzegamy jakieś szamotanie w krzakach. – Stop. Niedźwiedź. – konspiracyjnie szepcze Mehran, nasz przewodnik. Wtedy jeszcze nie zapaliła nam się żadna lampka w głowie. Przecież tyle razy chodzliśmy na różne trekkingi i pomimo różnego stopnia trudności, nigdy nie wpadliśmy w żadne tarapaty, a teraz w dodatku mamy ze sobą przewodnika. Zapomnieliśmy jednak o jednym. To Iran. Niewielu turystów zapuszcza się w dolinę Alamut. Dzika przyroda jest tu naprawdę dzika. Jest kwiecień, w wysokich partiach gór leży jeszcze śnieg, a wygłodniałe zwierzęta budzą się właśnie z zimowego snu… No to, Houston, że się tak wyrażę, mamy problem. A nawet dwa.

Nasza przygoda z doliną Alamut, zaczyna się w Quazvinie. Z jego przedmieści odbiera nas Hassan – właściciel lokalnego biznesu i miejscowy laluś (rzęsy dłuższe niż krowa na gruzińskim pastwisku – zazdro!). Rozklekotaną ładą, ruszamy w irańskie góry. Odwiedzamy kilka punktów widokowych, zdobywamy ruiny zamku Assasinów, jemy pyszny obiad u lokalnej rodziny, a noc spędzamy z Hassanem i jego babcią. Mówiąc między nami Hassan trochę mi podpadł tym, że dość mocno bulwersował się, że irańczycy są tak gościnni, że wręcz czasami sami chcą płacić za turystów psując przy tym rynek. A przecież my turyście właśnie za to kochamy Iran. Za ludzi!

Następnego dnia rano jedziemy na trekking. Tuż przed wyjściem dołącza do nas jeszcze jakiś pies. Jeszcze wtedy nie wiemy, że uratuje on nam życie… Po incydencie z szamoczącym się w krzakach misiem, Mehran opowiada nam jak to lokalne niedźwiedzie lubią wpaść do ich ula, zwabione pysznym miodem. Jego szwagier stracił rękę w walce z niedźwiedziem, a wujek został srodze poturbowany przez głodne zwierzę. Słuchamy tych opowieści z niedowierzaniem, ale nasza czujność dalej pozostaje uśpiona. Powoli wspinamy się w wyższe partie gór, podziwiamy orły latające nam nad głowami. Widoki są tu naprawdę przepiękne. Mehran co jakiś czas zrywa jakieś trawy i karze nam je jeść. – Eat. – mówi. No to jemy. Na obiad podgrzewa jedzenie na małej gazowej kuchence. Nie mogę uwierzyć, że jesteśmy tu jedynymi turystami i już załuję, że ten trekking nie będzie trwał dłużej. Po kolejnych kilku godzinach marszu docieramy do małej dolinki i tam, nad rzeką, rozbijamy nasze namioty.

Wieczorem nie mam co robić, kręce się więc po okolicy robiąc zdjęcia. Nagle słyszę jak woła mnie Mehran i pokazuje coś palcem. Po drugiej stronie rzeki, na zboczu góry, stoi niedźwiedź brunatny i wilczym wzrokiem przygląda się naszemu obozowisku. – Bear! Bear! – mówi Mehran. – Nosz kurna widzę, że BEAR. Nagle, zza góry wychodzi kolejny. – 2 bears! Patrzę na niego ze strachem w oczach. – NO PROBLEM. – mówi Meharan. I widzę jak powoli wycofuje sie w stronę namiotów – WHAT NO PROBLEM!?? – krzyczę za nim. – ONE BEAR, ONE PROBLEM, TWO BEARS TWO PROBLEMS!!! – staram się zachować zimną krew i oszacować w głowie moje szanse w starciu z dwoma niedźwiedziami. Są zerowe. Niestety Leo Dicaprio nie jestem, a to nie jest plan filmu „Zjawa”. W tym momencie pojawia się nasz pies i zaczyna szczekać tak zajadle, że skonfudowane zwierzęta powoli wycofują się w góry.

Nocą robi się zimno, zawijamy się w śpiwory i powoli zapadamy w sen… jakieś 10 minut później budzi nas złowrogie warczenie psa. Po chwili zaczyna się szczekanie. Wygląda na to, że niedźwiedzie wrociły. Szczekanie trwa dobre 20 minut podczas których, jak się pewnie domyślacie, UMIERAMY ZE STRACHU. I akurat w tym momencie czuję, że… MUSZE WYJŚĆ DO TOALETY!! W mordę niedźwiedzia dobry moment wybrała matka natura!!

Wysuwam jedną gicę z namiotu, na zewnątrz panują egipskie ciemności. Boję się. Na szczęście szybko załatwiam sprawę. Za pół godziny znowu rozlega się szczekanie psa, na przemian z krzykami Mehrana. Co tam się dzieje? Czy on ma jakąś broń? Dlaczego nie rozpaliliśmy ogniska? Teraz wyobraźcie sobie, że ten koszmar trwał całą noc. Co tylko przysneliśmy to budziło nas warczenie psa. To była najgorsza noc w moim życiu.

Nad ranem jeszcze w strachu otwieramy nasz namiot a przed wejściem znajdujemy śpiące psisko, które tak dzielnie broniło nas w nocy! Mehran, zupełnie wyluzowany, opowiada nam, że w nocy niedźwiedzie wielokrotnie podchodziły pod obóz. Wyobrażacie to sobie?! Potem sam wciska psu wielką pajdę chleba i mówi nam, że byliśmy bezpieczni bo mieliśmy osła, a osłów to one się boją. Choć rozum mówi mi co innego to rzeczywiście nasz osiołek całą noc ani drgną!

W drodze powrotnej Mehran pyta się czy może nakręcić filmik na INSTA. Mamy w nim powiedzieć o naszych wrażeniach z trekkingu. Z racji tego, że już po strachu to trochę kozaczę i mówię, że prawie zostaliśmy pożarci żywcem. Mehran pokazuje ten film Hassanowi i mimo tego, że nie rozumiem perskiego, z tonu ich rozmowy mogę wynieść, że nie bardzo podoba im się to nagranie. Mówiąc w skrócie, boją się, że rozpowiem na prawo i lewo, że do Alamutu nie warto jechać bo niebezpiecznie. Ale kochani wręcz przeciwnie. Ja na Alamut będę namawiać! To najpiękniejsze miejsce w całym Iranie! Niesamowite, bez turystów, z piękną przyrodą. Dolina Alamut warta jest nadszarpnięcia Waszego budżetu i zrezygnowania z wizyty w kilku miastach. Pamiętajcie tylko o tym, żeby się odpowiednio nastawić (tam będą dzikie zwierzęta) a w góry ruszyć z przewodnikiem (gorąco polecam Mehrana – fantastyczny człowiek) i psem. Gdybyśmy łazili tam na własną ręke to nie wiem czy dziś czytalibyście ten post…

To już ostatni odcinek opowieści z Iranu. Bez wahania pojechałabym tam raz jeszcze zobaczyć piękną północ, odwiedzić wyspy i kurdyjskie wioski. Przede wszystkim jednak po to by jeszcze raz przekonać się, że świat jes piękny a ludzie wspaniali. Tak poprostu.